Czy mamy spiralę płacowo-cenową?

Tagi: , , ,
22 września 2022

Czy wzrost płac powoduje podwyższanie cen, co tworzy kolejny impuls do podwyżek wynagrodzeń – i tak w kółko? Czy w naszej gospodarce mamy w ruchu spiralę płacowo-cenową, a inflację można stłumić tylko zatrzymując wzrost płac, co czasem sugerują media oraz niektórzy politycy?

Zacznijmy od podstaw. Gdy inflacja jest zerowa i zwiększymy wynagrodzenia pracowników, to rosną ich możliwości konsumpcyjne, czyli rośnie popyt. Gdyby gospodarka nie była w stanie tego popytu zaspokoić, to ceny będą rosły. Ale gospodarka może zwiększyć podaż. Jedynie w przypadku szybkiego, gwałtownego, skokowego wzrostu płac pojawi się impuls do wzrostu cen – bo potrzeba trochę czasu, by zwiększyć produkcję i dostawy do sklepów. Nie jest więc prawdą, że podnoszenie płac musi prowadzić do wzrostu cen. Można mieć i realny wzrost wynagrodzeń, i niską inflację.

Wystarczy spojrzeć w dane historyczne. Od lipca 2014 do października 2016 roku (ponad dwa lata) mieliśmy nawet deflację, a przeciętne wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw rosły o 2-5% w stosunku rocznym. Cel inflacyjny NBP to 2,5% z odchyleniem o jeden punkt procentowy, czyli przedział 1,5% do 3,5%. Inflacja poniżej 3,5% występowała w Polsce od października 2012 do marca 2021 (8,5 roku, 102 miesiące). W tym czasie wzrost wynagrodzeń poniżej inflacji miał miejsce tylko w 5 miesiącach – trzech na początku tego okresu i dwóch w czasie lockdownów. Za to było aż 25 miesięcy, w których wzrost płac był o co najmniej 5 punktów procentowych wyższy, niż wzrost cen. 

Nie znaczy to jednak, że płace i ceny nie są ze sobą powiązane. Korelacja pomiędzy inflacją i wzrostem wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw w ostatnich kilkunastu latach wynosiła ok. 0,6, co uważa się za wartość średnią lub dużą. Oznacza to, że zazwyczaj gdy rośnie inflacja, rosną i płace – i vice versa. Korelacja nie oznacza jednak automatycznie dającego się uchwycić związku przyczynowo-skutkowego. Taki można było analitycznie wykazać w pierwszej połowie lat 90. XX wieku, gdy spirala płacowo-cenowa była faktem.

Czy mamy ją już teraz, gdy inflacja zbliża się do 20%? Można taką hipotezę wysunąć, choć potrzeba więcej czasu (i statystycznych danych), by móc to w wiarygodny naukowo sposób udowodnić.

Warte zapamiętania są dwie rzeczy: spirala płacowo-cenowa, jeśli już się pojawia, to zazwyczaj przy wysokich poziomach inflacji. Im większy wzrost cen i kosztów działalności gospodarczej, tym trudniej pracodawcom reagować adekwatnie do zmieniającej się rzeczywistości (i ceny wymagają częstszych korekt). A konsumenci zaczynają przyzwyczajać się do rosnących cen i w ten sposób ułatwiają przedsiębiorcom tych cen podnoszenie. Na takim podłożu spirala może zacząć się kręcić. Ale spirala jest efektem inflacji, a nie jej źródłem.

Tłumienie inflacji przez zatrzymanie wzrostu płac (np. poprzez wstrzymywanie podwyżek w sferze budżetowej) przynosi dwa poważne rezultaty. Po pierwsze, prowadzi w krótkim czasie do ubożenia pracowników, szczególnie tych z najniższymi uposażeniami. A więc szybko obniża jakość życia. Po drugie, chudsze realne portfele oznaczają mniejszy popyt na rynku (taki jest cel ich odchudzania), a to w konsekwencji z pewnym opóźnieniem na dostosowanie się przedsiębiorstw skutkuje spowolnieniem wzrostu cen. Tyle że trudno z takim instrumentem nie przestrzelić. Gdy już inflacja zaczyna spadać, popyt może być na tyle niski, że część firm nie musi zwolnić pracowników, a inne bankrutują. To z kolei dalej obniża popyt, prowokuje kolejne zwolnienia i bankructwa. Wpadamy wtedy w spiralę kryzysu gospodarczego. 

Walka ze spiralą płacowo-cenową za cenę zapaści gospodarczej jest więc kosztowne, krzywdzące społecznie i niemądre. Oznacza to także walkę z objawami choroby, a nie jej przyczyną.

Na koniec: dobra i zła wiadomość. Dobra jest taka, że z inflacją można walczyć nie zamrażając płac, bo jest kilka innych instrumentów, które można zastosować (m.in. tych w rękach NBP).

Zła zaś, że inflacja przyszła do nas przede wszystkim z zewnątrz (popandemiczne zmiany w globalnej gospodarce, wzrost cen surowców energetycznych, wojna w Ukrainie). A na szoki i kryzysy globalne nie ma mocnych. Część tych szoków już jest za nami: ceny podskoczyły, gdy przedsiębiorcy musieli uwzględnić nowe okoliczności prowadzenia biznesu. Ale np. gaz ziemny, najdroższy w historii, może drożeć dalej, póki podaż i logistyka dostaw nie sprostają zapotrzebowaniu Europy, która rekonfiguruje kierunki dostaw, odcinając się od importu z Rosji.

Czy przez to wzburzone morze uda się nam przejść względnie suchą stopą, czyli unikając recesji albo długotrwałego spowolnienia gospodarczego? O tym przekonamy się pewnie nie wcześniej niż za rok.

Łukasz Komuda
lukasz.komuda@fise.org.pl

Komentarze
Ładuję...