PORTAL PROWADZI
Łukasz Komuda
Ostatnia aktualizacja: 03.04.2018
FLEXICURITY|INSTYTUCJE RYNKU PRACY|NARZĘDZIA RYNKU PRACY|PRAWO|
Kodeks pracy Schrödingera

Analiza nowego prawa pracy przypomina konną jazdę bez głowy po nieznanym podłożu. (Autor grafiki: geralt, źródło: pixabay.com, licencja: CC0)

Wiemy już, co znajduje się w dokumentach przygotowanych przez Komisję Kodyfikacyjną. Wiemy także, ile pracy i pieniędzy kosztowały. Nie wiemy tylko, czy warto je czytać.

Po 18 miesiącach pracy Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy (KKPP) przekazała do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (MRPiPS) nie jeden, ale dwa projekty Kodeksu pracy, rozbijając dokument na dwie części: dotyczącą kwestii relacji zbiorowych między pracownikami i pracodawcą, oraz kwestii indywidualnych.

Kodeks pracy wymaga zmian – tego nikt nie neguje. Jego pierwotna wersja pochodzi z połowy 1974 roku, czyli sprzed prawie 44 lat. Powstał w innej rzeczywistości ustrojowej i ekonomicznej. W uszach mogą zgrzytać niektóre terminy, jakie się w nim pojawiają np. zakład pracy, który ukuto, gdy większość Polaków znajdowała zatrudnienie w fabrykach zatrudniających nierzadko tysiące ludzi. Dziś ta większość pracuje w małych firmach o profilu usługowym. Ale oczywiście nie tylko terminologia gryzie się z realiami – przede wszystkim zmienił się świat: pojawiła się telepraca, freelancerzy, outsourcing zasobów ludzkich, praca tymczasowa, nowe formy umów. Ponad pół miliona Polaków jest delegowana do projektów realizowanych przez ich firmy za granicą, ponad 2 miliony naszych rodaków wyemigrowało za lepszym życiem na Zachód, a na ich miejsce przyjechała podobna liczba Ukraińców.

Prócz szacowanej nawet na milion osób szarej strefy rozkwitły inne patologie, takie jak np. opóźnianie czy niewypłacanie pensji, praca po godzinach bez wynagrodzenia, utrącanie w zarodku wszelkich prób samoorganizacji pracowników w relacji z pracodawcą. Lepiej rozumiemy zjawisko mobbingu, do świadomości powszechnej zaczyna docierać fakt luki płacowej, jakiej doświadczają kobiety, a państwo zaczęło w końcu martwić się o to, skąd wziąć środki na emerytury (miliony pracujących unikają płacenia lub płacą możliwie najniższe składki ZUS-owskie). Dodatkowo musimy się rozglądać dookoła, biorąc pod uwagę to, że konkurencja między firmami to już nie zabawa tylko na naszym krajowym podwórku, ale dla niektórych przedsiębiorstw – gra globalna.

Obowiązujący Kodeks pracy korygowano już 112 razy (średnio: jedna zmiana legislacyjna co cztery miesiące!) i przypomina trochę marynarkę, którą uszyto na pękatego i niskiego jegomościa o tradycyjnym stylu ubierania się, a nosi ją wysoki i szczupły hipster. Łat i nowych kawałków materiału jest już dwa razy tyle, co oryginalnego płótna: objętość tekstu jednolitego ustawy spuchła przez 44 lata blisko trzykrotnie. Aktualnie tekst ujednolicony aktu liczy 317 tys. znaków, czyli 176 stron znormalizowanego maszynopisu – i poza niedopasowaniem do realiów wielu krytyków wytyka mu niespójność, nadmierną ogólność z jednej i nadmierną szczegółowość z drugiej strony.

Efekt pracy KKPP to dwa dokumenty. Indywidualny kodeks pracy, liczący 431 tys. znaków, i Zbiorowy kodeks pracy – 295 tys. znaków, co daje łącznie 726 tys. znaków, czyli 403 strony znormalizowanego maszynopisu. Mówimy więc o zwiększeniu objętości tego ważnego aktu regulacyjnego o 130%.

Nowości i szczegóły
Czemu ma służyć to zestawienie liczb? Oprócz tego, że przyjemnie jest wiedzieć, teoretycznie mogą pomóc w odpowiedzi na następujące kwestie:

  • czy mamy do czynienia z inflacją prawa, czyli czy wszystkie przepisy muszą stale puchnąć – co nieustająco irytuje osoby o poglądach liberalnych i libertarian,
  • czy KKPP pracowała w tempie raczej żółwim, czy raczej w trybie ekspresowym,
  • czy orientacyjna kwota 972 tys. zł za przygotowanie projektu to szastanie pieniędzmi, czy raczej dość racjonalny wydatek?

Co do kwestii pierwszej, to mam złą wiadomość: rzeczywistość staje się coraz bardziej skomplikowana, a możliwych sytuacji, w jakich znajdują się pracownicy i zatrudniający oraz ich relacja raczej przybywa, niż ubywa. A to wymusza powstanie większej liczby zapisów. Niestety, praktyka pokazuje, że im bardziej ogólne reguły, tym więcej pola do „kombinowania”. A więc z jednej strony – do omijania prawa, z drugiej – do arbitralnego interpretowania niejasności przez urzędników. Oba te zjawiska generują zrozumiałe poczucie niesprawiedliwości zarówno u osób pracujących, jak i u tych, którzy kupują ich pracę. Dodatkowo, dzielenie włosa na czworo należy do naturalnych skłonności każdej administracji – co raczej nie sprzyja lakoniczności zapisów. Trzeba jednak mieć na uwadze, że zwięzłość zapisów nie koreluje się wprost z wysoką jakością prawa. Podobnie jak i rozwlekłość…

W kwestii tempa prac trzeba powiedzieć, że KKPP nie dzieliła się na poszczególne fragmenty, co by znaczyło, że na każdego z 14 członków przypadłoby do napisania ok. 52 tys. znaków, czyli niespełna 29 stron maszynopisu przez 18 miesięcy. Nieco ponad półtorej strony miesięcznie. Tyle tylko, że przekazany do MRPiPS projekt to efekt wymiany poglądów, szukania najlepszych rozwiązań, dyskusji. Nie przy każdym zapisie pracowała cała 14-tka – choćby dlatego, że eksperci Komisji podzielili się na grupę pracująca nad kodeksem zbiorowym i tą, która tworzyła kodeks indywidualny. Jednak można być pewnym, że gdyby zliczyć wersje wstępne różnych propozycji, jakie pojawiały się w trakcie prac, mówilibyśmy o tysiącach, jeśli nie dziesiątkach tysięcy stron krążących pomiędzy członkami KKPP, skracanych, uzupełnianych, zmienianych, a czasem w całości usuwanych. Należy też dodać, że mówimy tu o języku prawnym, którego używanie wymaga dyscypliny i zabiera więcej czasu niż np. opisanie „po ludzku” czemu ma służyć dany zapis.

W skład Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Pracy weszli:

  • wiceminister pracy dr hab. Marcin Zieleniecki (przewodniczący),

oraz wybrana przez rząd szóstka przedstawicieli nauki i praktyki indywidualnego oraz zbiorowego prawa pracy:

  • dr hab. Leszek Mitrus,
  • mec. dr hab. Łukasz Pisarczyk,
  • prof. Arkadiusz Sobczyk,
  • dr hab. Michał Skąpski,
  • dr hab. Jakub Stellina,
  • dr hab. Mirosław Włodarczyk,

i siedmiu ekspertów wskazanych przez organizacje wchodzące w skład Rady Dialogu Społecznego:

  • mec. dr hab. Monika Gładoch (zastępczyni przewodniczącego, ekspertka Pracodawców RP),
  • mec. dr Liwiusz Laska (zastępca przewodniczącego, ekspert Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych),
  • mec. Marta Matyjek (ekspertka Związku Pracodawców Business Centre Club),
  • dr hab. Jacek Męcina (ekspert Konfederacji Lewiatan, były wiceminister pracy),
  • dr hab. Anna Musiała (ekspertka Związku Rzemiosła Polskiego),
  • dr hab. Marek Pliszkiewicz (ekspert Forum Związków Zawodowych),
  • dr Jakub Szmit (ekspert Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”).

Tylko dwóch członków ciała nie może się pochwalić habilitacją. Ciekawostka: pośród reprezentantów strony społecznej mamy – na ile to możliwe – równy udział kobiet i mężczyzn. Tymczasem przewodniczący oraz eksperci wskazani przez stronę rządową to wyłącznie mężczyźni.

Pół premii Błaszczaka
Czy jednak praca KKPP kosztowała nas za dużo, za mało, czy może w sam raz?

Z ustaleń money.pl wynika, że miesiąc pracy Komisji kosztował podatników 54 tys. zł. A przy 18 miesiącach pracy ekspertów daje to kwotę 972 tys. zł, która w tytule artykułu zamieszczonego na portalu została zaokrąglona do miliona (https://www.money.pl/archiwum/wiadomosci/artykul/analiza-warta-milion-tyle-zaplacilismy-za,55,0,2401847.html). Brzmi poważnie i zapewne generuje dodatkowe kliki użytkowników internetu, ale gdy uświadomimy sobie, że mówimy o kwocie 4 tys. zł miesięcznie na członka Komisji, to imponuje jakby mniej. Szczególnie, gdy uświadomimy sobie, że np. sama tylko premia za 2017 rok, jaką otrzymał minister Mariusz Błaszczak, była w przeliczeniu na miesiąc pracy niemal dwukrotnie wyższa.

4000 zł miesięcznie to ok. 25 zł za godzinę pracy – przyjmując, że ktoś pracuje 20 dni w miesiącu po 8 godzin dziennie. Przygotowywanie nowego Kodeksu pracy dla żadnego z ekspertów nie stanowiło jedynego zajęcia, a zapewne dla niektórych nie było to nawet zajęcie główne i najważniejsze. Jeśli więc przyjmiemy, że zaabsorbowanie przygotowywaniem nowego aktu można przeliczyć raczej na 1/4 etatu, to ciągle mówilibyśmy o ok. 100 zł za godzinę. Biorąc pod uwagę ile może kosztować np. usługa prawnika, nawet przy podanych wyżej założeniach trudno obronić tezę, że zapłaciliśmy jak za zboże.

Tyle tylko, że właściwie nie wiadomo jaki charakter mają dokumenty przekazane przez Komisję resortowi pracy. Już wstępne ich przejrzenie – na dokładną analizę potrzeba więcej czasu – może zdrowo zdezorientować. Okazuje się bowiem, że niemal WSZYSTKIE przecieki docierające do mediów lepiej lub gorzej odsłaniały nam fragmenty projektu. A przecież ich wymowa była skrajnie różna – w zależności od przypadku albo pro-pracownicza, albo anty-pracownicza. Nigdy po środku.

Mamy więc i wyraźną presję na stosowanie umów o pracę (m.in. przerzucenie na firmy obowiązku udowodnienia inspektorowi pracy, że zlecenia realizowane przez osoby wykonujące działalność gospodarczą nie są de facto na wymuszonym samozatrudnieniu), ale i łatwiejsze zwalnianie kobiet w ciąży. Poważne ograniczenie formalne dorabiania u innego pracodawcy po godzinach (mające ograniczyć patologię wykorzystywania umów cywilnoprawnych), ale i nowy rodzaj kontraktu niepracowniczego, który może być kolejną furtką dla nadużyć. Konieczność solidnego uzasadniania zwalniania pracowników, ale jednocześnie wydłużenie okresu próbnego zatrudnienia i podwyższenie progu dla reprezentatywności związków zawodowych w przedsiębiorstwie. Przekazywanie wynagrodzenia za nadgodziny na specjalne indywidualne konto, którego użycie będzie podlegało kontroli pospołu pracodawcy i reprezentantów pracowników (np. może to być rezerwa na czas przestoju w firmie) oraz wydłużenie urlopu wszystkim pracownikom do 26 dni w roku (teraz jest to przywilej tylko tych, którzy mają za sobą 10-letni staż pracy, ale wliczany tu jest okres kształcenia wedle stosownego przelicznika).

Czytając zapisy odnosi się wrażenie, jakby członkowie Komisji pracowali nie w zespołach dla opracowania indywidualnego i zbiorowego prawa pracy, ale w raczej w dwóch podgrupach, które zajęły się wylosowanymi fragmentami Kodeksu, przy czym jedną zdominowali stronnicy związków zawodowych, a drugą – osoby zabiegające o interesy pracodawców. „Projekt nowego Kodeksu Pracy wygląda tak, jakby jego autorzy uznali wybieranie skrajnych pomysłów z obu stron barykady za najlepszy sposób godzenia sprzecznych interesów” – napisał na portalu REO.pl Piotr Wójcik (https://www.reo.pl/piotr-wojcik-od-sciany-do-sciany/).

Ta – delikatnie mówiąc – niespójność budzi uzasadnione wątpliwości, czy owoc pracy KKPP możemy traktować jako kolektywną pracę, godzącą choć w zarysie interesy różnych sprzecznych interesów. To raczej pewien niespójny zbiór pomysłów opisanych prawnym językiem na przemian to przez ekspertów zatroskanych losem pracowników, to przez lobbystów przedsiębiorców. Dokumenty regulujące zbiorowe oraz indywidualne relacje pracownicze zostały uporządkowane tak, że zawarte w nich przepisy nie są ze sobą sprzeczne (póki co niczego takiego nie udało mi się wypatrzyć). Jednak sprzeczne są intencje, ogólny duch całości dokumentów.

Fragmenty nowego Kodeksu Pracy opracowanego przez Komisję Kodyfikacyjną, budzące najwięcej wątpliwości i najczęściej komentowane:

http://wyborcza.pl/7,155287,23204932,co-dalej-z-nowym-prawem-pracy-czy-kodeks-innych-intencji.html

https://strajk.eu/nowy-kodeks-pracy-do-kosza/

https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/7-grzechow-glownych-projektu-nowego-kodeksu,83,0,2401107.html

http://wyborcza.pl/7,87648,23197858,rewolucja-w-kodeksie-pracy.html

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/rynek/1742714,1,czy-nowy-kodeks-pracy-zaszkodzi-kobietom-sprawdzamy.read

http://www.newsweek.pl/polska/polityka/najwazniejsze-zmiany-w-kodeksie-pracy-nowe-umowy-urlopy,artykuly,425378,1.html

https://www.bankier.pl/wiadomosc/Nowy-Kodeks-pracy-zmiany-w-urlopach-i-wypowiedzeniach-7578751.html

https://www.fakt.pl/pieniadze/finanse/nowy-kodeks-pracy-zmusi-pracownikow-do-donoszenia-na-swoje-rodziny/8b0wfhv

http://wyborcza.pl/7,155290,23166656,nie-zaciagaj-sie-w-robocie-czyli-nonsens-w-nowym-kodeksie-pracy.html

http://www.dziennikzachodni.pl/strona-kobiet/tu-zyje/a/nowy-kodeks-pracy-2018-kobiete-w-ciazy-bedzie-mozna-zwolnic-zmiany-w-kodeksie-pracy-342018-sprawdz,13019560/

UWAGA: ostateczny kształt prawa pracy po reformie może w ogóle nie zawierać wyżej wymienionych rozwiązań. Rząd może wykorzystać część pomysłów w dowolnym zakresie i w dowolny sposób – także wywracając je do góry nogami i odwracając ich sens.

Reprezentanci samych siebie
Od samego początku było wiadomo, że plon pracy KKPP miał być zbiorem rekomendacji dla dalszej pracy rządu nad Kodeksem (członkowie rządu unikają więc tu zwrotu „projekt ustawy” czy „projekt nowego kodeksu pracy”). Administracja może więc zupełnie zignorować to, co przygotowała Komisja.

Póki co minister pracy Elżbieta Rafalska prosi o czas na analizę dokumentów. Jednak słuchając komentarzy zarówno przedstawicieli rządu, jak i strony społecznej (zaangażowanej w prace nad nowym kodeksem!), powstaje wrażenie, że wszyscy interesariusze dystansują się od propozycji KKPP. Ba, bardzo krytycznie o projekcie wypowiada się nawet wiceprzewodnicząca Komisji – Monika Gładoch z Pracodawców RP! (http://www.rp.pl/RZECZoPRAWIE/180309724-Prof-Monika-Gladoch---Dlaczego-Pracodawcy-RP-nie-popieraja-projektu-nowego-kodeksu-pracy.html)

To nie koniec. Znamienna jest wypowiedź wiceministra Stanisława Szweda (wideo na dole tekstu https://www.money.pl/archiwum/wiadomosci/artykul/analiza-warta-milion-tyle-zaplacilismy-za,55,0,2401847.html), który zwrócił uwagę, że dokument powstawał kolegialnie, a głos wiceministra Zielińskiego był liczony jako jeden z czternastu i nie wystarczał na narzucenie pozostałym członkom ram oczekiwanych przez rząd. To oznacza, że kształt i wymowa aktów przygotowanych przez KKPP odbiega od wizji PiS.

Stanisław Szwed, choć używa dyplomatycznego języka, skrytykował „nieszczelność” zespołu ekspertów, który miał spokojnie pracować nad pomysłami przekształcenia regulacji rynku pracy, a następnie przekazać go do MRPiPS, który opierając się na przedstawionych przez ekspertów pomysłach miał ujawnić opinii publicznej nowy projekt Kodeksu pracy w postaci, która oddawałaby wizję rządu i stanowiła punkt startu dla prac komisji parlamentarnych. Stało się inaczej i co kilka tygodni do mediów docierały strzępi informacji o różnych co bardziej kontrowersyjnych zapisach, co było złamaniem nieformalnej umowy, jaką Ministerstwo miało zawrzeć z członkami Komisji.

Wisienką na torcie jest już fakt, że – jak poinformował Szwed – nie wszyscy delegaci strony społecznej mieli mandat swoich statutowych ciał. Czyli reprezentowali samych siebie…

Kosztowna zasłona dymna?
Jak to się stało, że w Komisji znaleźli się eksperci pozbawieni mandatów zgłaszających ich organizacji? Dlaczego przedstawiciele rządu nie reagowali na przecieki? Dlaczego nie próbowali – choćby i publicznie – dyscyplinować członków Komisji i przypominać mediom, na czym polega jej rola i jaki powinien być porządek procesu przygotowywania nowego prawa?

Tej bierności nie da się wytłumaczyć troską o wizerunek partii rządzącej jako instytucji dbającej o zapewnienie wpływu wszystkich interesariuszy na proces legislacyjny, Zaangażowanej w konsultacje społeczne i wsłuchującej się w głos obywateli. Ten pociąg już dawno odjechał. Jeśli jednak efekt 18 miesięcy pracy niezależnego (jak się okazuje – aż nazbyt) zespołu fachowców trafi na śmietnik, to trudno będzie zatrzeć wrażenie, że stronie społecznej pozwolono zabrać głos, ale tylko po to, by go zupełnie zignorować.

Przy takim obrocie sprawy możemy mówić o zasłonie dymnej za prawie milion złotych. Dokument, z którym nikt się nie identyfikuje, który do niczego nie posłuży i który po prostu przez 18 miesięcy odwracał naszą uwagę. Od czego? Chociażby od tego, że pod wieloma względami obowiązujący Kodeks pracy tworzy rodzaj fikcji – państwo nie stara się bowiem, by skutecznie pilnować jego respektowania. I trudno zauważyć przesłanki do tego, że po reformie uczciwi pracodawcy przestaną się czuć jak frajerzy, konkurując z nieuczciwymi, ścinającymi rogi, przysłowiowymi „Januszami biznesu”.

Dokumenty przygotowane przez Komisję Kodyfikacyjną Rynku Pracy można przejrzeć samodzielnie, by wyrobić sobie opinię. Sam jednak nie potrafię powiedzieć, czy warto zainwestować czas w lekturę aż 1013 artykułów tego projektu Schrödingera – który nie wiadomo czym właściwie jest i może będzie, a może nie będzie „w jakiś sposób” wykorzystany przez rząd reformujący stosunki pracodawca-pracownik.


Łukasz Komuda,

 

Materiały przygotowane przez Komisję Kodyfikacyjną Prawa Pracy:

Aktualnie obowiązujący Kodeks pracy: http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/DocDetails.xsp?id=WDU19740240141

Źródło: FISE
KOMENTARZE (0) | DODAJ KOMENTARZ