PORTAL PROWADZI
Kamil Fejfer
Ostatnia aktualizacja: 18.04.2017
FLEXICURITY|GRUPY DEFAWORYZOWANE|STATYSTYKA|
To nie jest kraj dla młodych ludzi

Obraz Marcina Maciejowskiego „Młodzi nie chcą się uczyć ani pracować”. Fot. culture.pl za Fundacją Sztuki ING, lic. CC0

Polski rynek dla osób rozpoczynających karierę jest bezlitosny. Wśród młodych bezrobocie jest trzykrotnie większe niż wśród „niemłodych”, osoby po studiach w pierwszej pracy zarobią 2 tys. na rękę, a jeżeli pracują na studiach, to średnia ich zarobków wynosi astronomiczne 1300 zł, przy 32 godzinach przepracowanych w tygodniu. Nic dziwnego, że aż 30% młodych rozważa emigrację.

Według raportu Universum Global cytowanego przez Bankier.pl polski student po skończeniu ścieżki edukacyjnej oczekuje w pierwszej pracy 3766 zł na rękę. Mniej o 532 zł oczekuje studentka. Już w tym miejscu widać dwa problemy. Pierwszym z nich jest kulturowo wyuczona nierówność płci, jeśli chodzi o wymagania płacowe. Kobiety oczekują ok. 15% mniejszej wypłaty niż mężczyźni. To odbija się podczas płacowych negocjacji u pracodawcy. Niższa wyjściowa pozycja negocjacyjna skutkuje często niższą pensją.

Druga sprawa to kompletne „odklejenie” studentów od realiów rynkowych, które można również postrzegać jako „odklejenie” rynkowych realiów od aspiracji i potrzeb (przyszłych) pracowników. Deklarowana kwota netto w wysokości 3766 zł oznacza około 5300 brutto. Przypomnijmy, że przeciętne wynagrodzenie dla przedsiębiorstw według GUS (w tej kategorii nie są liczone przedsiębiorstwa do 9 pracowników – a tych podmiotów jest najwięcej i zarabia się w nich zdecydowanie mniej niż w firmach średnich i większych) wynosi niecałe 4300 zł brutto. A takie lub wyższe stawki są dostępne około 30% pracownikom w kraju. Reszta zarabia mniej. Naprawdę trudno się spodziewać, że w pierwszej pracy absolwent dostanie więcej pieniędzy niż 70% Polaków.

Nieco inaczej wyglądają oczekiwania studentów według Badania Studentów 2013. Według cytowanego przez gazetę.pl źródła większość żaków oczekuje, że w pierwszej pracy dostanie 3700 zł, ale brutto, nie netto. Taka stawka oznacza około 2600 na rękę. To nieco bardziej zbliżone do realiów oczekiwania, choć wciąż od nich dalekie. Z drugiej strony całkiem możliwe jednak, że spora część studentów po prostu nie rozróżnia jeszcze kategorii brutto i netto. Taką hipotezę uwiarygadnia to, że kwoty z Badania Studentów i Universum Global różni niecałe 70 zł.

Perspektywa pracodawców nadreprezentowana w mediach jest następująca: młodzi są roszczeniowi, chcą za dużo, a niewiele potrafią. Nie miejmy jednak do osób młodych pretensji. Nie muszą oni znać wyrywkowo danych GUS-owskich. Ich wyobrażenie o świecie jest kreowane między innymi przez marketing samych uczelni, które składają obietnice bez pokrycia o możliwości znalezienia dobrej pracy po studiach. Nie ma absolutnie nic dziwnego w tym, że młodzi ludzie „godne życie” utożsamiają z pensją powyżej 3 tys. na rękę.

Swoje oczekiwania co do płac młodzi budują również w oparciu o doświadczenia znajomych z emigracji. I tak przykładowo w Wielkiej Brytanii pensja minimalna dla pracownika powyżej 25 roku życia wynosi w przeliczeniu około 6 tys. zł brutto. Oczywiście realna dysproporcja między minimalną stawką w Polsce (obecnie 2 tys. zł) i stawką brytyjską jest mniejsza. Różnicę spłaszczają koszty życia w Polsce i na Wyspach. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę standard siły nabywczej, sztuczną walutę stosowaną przez Eurostat, w celu zniwelowania różni w cenach, to brytyjska minimalna jest nieco niższa od polskiej średniej krajowej, a biorąc pod uwagę wysoką kwotę wolną na Wyspach i silną progresję podatkową, być może jest na zbliżonym poziomie. Jeżeli patrzeć na wynagrodzenia z perspektywy europejskiej młodzi Polacy po studiach oczekują życia na poziomie osób zarabiających minimalną pensję na Wyspach. Wygórowane wyobrażenia? Może, ale jednocześnie całkiem zrozumiałe.

Smutna rzeczywistość
Niestety znaczna większość młodych o godnych zarobkach brytyjskich pracowników magazynów może jedynie pomarzyć. Według badania Jobsquare średnia pensja w pierwszej pracy (badanie dotyczyło pracujących studentów) wynosiła 1310 zł na rękę. Tygodniowo studenci pracowali średnio przez 32 godziny. A więc tylko 8 godzin mnij niż pracownicy etatowi. Średnia płaca godzinowa wynosiła 11 zł.

Badanie było przeprowadzone w kilku największych miastach (Warszawa, Kraków, Katowice, Poznań, Wrocław, Trójmiasto). A to właśnie w tych miastach zarobki są najwyższe w Polsce. Do tego było przeprowadzone na niereprezentatywnej grupie (600 ankiet), a sama średnia nie oddaje adekwatnego obrazu zarobków – zazwyczaj zawyżają ją osoby zarabiające dużo. I choć w grupie może być ich bardzo niewiele, to skutecznie ciągną średnią w górę. Znacznie lepszym miernikiem jest mediana, czyli kwota, która dzieli zbiór pracujących na dwie równe połowy – tych, którzy zarabiają więcej i tych, którzy zarabiają mniej. Ten sam problem mamy zresztą prezentując średnią krajową – nie oddaje ona realnego rozkładu zarobków w Polsce i może wprowadzać w błąd co do siatki pensji.

Tymczasem w Polsce świeżo upieczony absolwent, o ile nie skończył renomowanej uczelni i najlepiej kierunku związanymi z nowymi technologiami, nie może liczyć na godną płacę. Według badania TNS przeprowadzonego na 500 rekruterach, 45% przyjmujących do pracy jest skłonna zapłacić absolwentowi za pracę za biurkiem 1800–2400 zł brutto, czyli około 1300–1750 zł na rękę. Badanie przeprowadzono w 2014, gdy wynagrodzenie minimalne wynosiło 1680 zł brutto, stąd pojawiają się odpowiedzi, by płacić młodym mniej niż 2000 zł (i ciągle nie jest to nawoływanie do łamania prawa). Oznacza to, że pracodawcy byli chętni płacić niewiele więcej niż wynosiło ustawowe minimum. Dzisiaj sama kwota jest wyższa, trudno jednak wyobrazić sobie, że polscy przedsiębiorcy stali się bardziej szczodrzy w ciągu niespełna 3 lat.

Jedynie co dziesiąty pracodawca był w stanie zapłacić 2,7 tys. zł brutto. Powyżej 3600 zł brutto – czyli tyle, ile oczekują od pierwszej pracy po ukończeniu edukacji studenci – było skłonnych zapłacić jedynie 2% rekruterów. Oznacza to, że satysfakcjonująca dla młodych pierwsza płaca jest w zasięgu kilku procent spośród nich. Nic więc dziwnego, że tylu młodych myśli o emigracji. Są gotowi poświęcić kwalifikacje i teoretycznie wyższą pozycję społeczną będącą wynikiem lat studiów i pracować fizycznie po to, aby żyć na godnym poziomie. Nie ma w tym nic dziwnego – przy kosztach mieszkań, niestałości pracy w Polsce emigracja i „robota” w magazynie wydaje się racjonalną strategią życiową.

Według raportu Forum Odpowiedzialnego Biznesu 3% studentów deklaruje chęć wyjazdu z kraju. Wśród ogółu osób młodych ten odsetek jest jeszcze wyższy i wynosi 35%. Aż 84% badanych twierdzi, że Zachód kusi ich wyższymi zarobkami. Najlepszym antidotum na wyjazdy Polaków wydaje się podwyżka płac – w grupie zarabiającej powyżej 3 tys. odsetek rozważających emigrację wynosi jedynie 7%.

Nieco bardziej optymistyczne dane dotyczące zarobków absolwentów w pierwszym roku pracy przedstawia portal Wynagrodzenia.pl. Z szerokiego badania wynika, że mediana zarobków absolwentów w pierwszym roku pracy wynosiła 2800 zł. Oznacza to, że połowa absolwentów dostawała mniej, a połowa więcej niż 2 tys. zł na rękę. Nie mniej niż 25% zarabiało 3600 zł brutto. Jeśli więc weźmiemy pod uwagę te badanie, to okazuje się, że jedna czwarta absolwentów może liczyć na zarobki, które uważa za satysfakcjonujące. Pozostałe trzy czwarte tej grupy… no cóż.

Badanie ma jednak swoje wady. Po pierwsze bierze pod uwagę absolwentów jedynie 23 uczelni wyższych, a więc nie jest to reprezentatywna grupa. W Polsce w 2015 roku działało ponad 430 uczelni wyższych. Próba objęła więc objęła co dwudziestą. A znaczna większość uczelni w Polsce prezentuje, mówią delikatnie, poziom, który pozostawia wiele do życzenia. Absolwenci po takich uczelniach nie tylko nie mają wysokich kwalifikacji - często po uzyskaniu dyplomu wiedzą mniej niż świeżo po maturze – ale również stykają się z lokalnymi rynkami pracy w małych miejscowościach, gdzie dostęp do dobrze płatnej pracy jest ograniczony, a dla części absolwentów po prostu niemożliwy.

Studia mają znaczenie
Nie oznacza to oczywiście, że studia nie podwyższają szans na lepiej płatną pracę. Oczywiście, podwyższają i im bardziej elitarne studia tym szansa na godne zarobki jest większa. I tak według Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń tworzonego przez Sedlak&Sedlak w 2014 roku najlepiej zarabiali absolwenci SGH – mediana wynosiła tam aż 8700 brutto. Nieco gorzej, ale również świetnie radzili sobie absolwencie Politechniki Warszawskiej – 7700 brutto. Kolejne miejsca zajęła Politechnika Wrocławska – 6500 zł brutto, Politechnika Gdańska – 6500 zł, Uniwersytet Warszawski – 6000 brutto. Listę zarobków absolwentów dużych uczelni zamyka – co chyba nikogo nie powinno dziwić – Uniwersytet Warmińsko-Mazurski z medianą 3700 zł brutto.

Jest jednak kilka „ale”. Po pierwsze są to płace wszystkich absolwentów, a więc nie tylko tych, którzy skończyli studia niedawno. W tych stawkach odzwierciedlona jest więc cała ścieżka zawodowa tysięcy ludzi. Zaliczają się do niej wyżsi urzędnicy, prawnicy i eksperci. Druga sprawa to próg wejścia na państwowe uczelnie. I niestety ma on charakter klasowy. Objawia się tym, że o wiele łatwiej na uniwersytet jest się dostać osobie z zamożniejszej rodziny. Nie chodzi tylko o kwestie materialne, które przekładają się na przykład na możliwość uczestnictwa w korepetycjach, czy dostęp do pomocy naukowych. Chodzi również o dziedziczony kapitał kulturowy i intelektualny, który daje dodatkowego kopa w pierwszych latach edukacji, które mają często kluczowe znaczenie dla dalszych etapów edukacji.

Praktyki i staże
Być może wyjaśnieniem złej sytuacji płacowej osób po studiach jest po prostu niedostosowanie ich kompetencji do rynku pracy. Dużo słyszymy o tym, że młodzi ludzi są po prostu roszczeniowi, a pracodawcy nie mogą płacić im powyżej stawek rynkowych – zwłaszcza, jeżeli mają do czynienia z często tak nieprzystającymi kompetencjami do swoich potrzeb.

W raporcie Forum Odpowiedzialnego Biznesu mówiła o tym Jolanta Miśków, zastępczyni redaktora naczelnego PulsHR. „Pracodawcy narzekają na niedopasowanie kompetencji do ich oczekiwań. Dlatego tak ważne jest, żeby młodzi zaczęli zdobywać doświadczenie podczas studiów – biorąc udział w praktykach, stażach czy pracując w czasie wakacji. Sam dyplom uczelni nie jest już gwarantem pracy.” – stwierdziła Miśków.

I rzeczywiście trudno odmówić słuszności takiej wypowiedzi. Tylko, że praktyki w Polsce bardzo często mają charakter wyzysku. Świadczy o tym opinia samych osób, które odbywały praktykę lub staż podczas studiów. W badaniu przeprowadzonym przez UniConsult aż 70% ankietowanych stwierdziło, że ich studencki staż polegał na realizowaniu bieżących poleceń przełożonych. To wskazuje na charakter stażów – praktykanci są traktowani jako tania, a często bezpłatna siła robocza. Niemal połowa (46%) badanych przyznała, że podczas odbytej praktyki wykonywali tylko proste prace biurowe.

Badanie ma jednak wady metodologiczne, które mogły wpłynąć na to, że realnie praktykanci i tak brali udział w stażach relatywnie wysokiej jakości. Aż 56% spośród respondentów było studentami Szkoły Głównej Handlowej lub Uniwersytetu Warszawskiego. Do tego badani uczyli się jedynie na kierunkach ekonomicznych. Mamy więc do czynienia z próbą zdominowaną przez elitarne grono studentów cenionych kierunków najlepszych uczelni w całym kraju. Mają oni nie tylko kapitał kulturowy i kompetencje, które pozwalają im lepiej nawigować po stażowym rynku, ale również prawdopodobne jest, że mają kapitał społeczny (w postaci zamożniejszych rodziców, rodziny oraz znajomych), który pozwala nie tylko lepiej wybierać staże, ale również uczestniczyć w tych, które mają najlepszą renomę.

Problemem jest nie tylko (mierna) jakość, ale również to, że cześć staży jest bezpłatnych. Nie wiemy jaka jest to część. Wiemy natomiast, że polskie ustawodawca na mocy przepisów Ustawy o praktykach absolwenckich z 2009 roku zdecydował, że praktyka (staż) może być bezpłatny, a praktykantem może zostać osoba, która skończyła gimnazjum i jednocześnie, w dniu rozpoczęcia praktyki nie skończyła 30 roku życia. Przy braku realnej kontroli ze strony instytucji państwowych te przepisy dały pracodawcom dostęp do wielotysięcznej w zasadzie darmowej siły roboczej. Nie bójmy się tego słowa – przepisy ustawy o praktykach absolwenckich to po prostu zinstytucjonalizowany wyzysk słabszej strony na rynku pracy.

Pozostaje jeszcze kwestia pieniędzy. Bezpłatny staż jest formą pracy, za którą ktoś musi zapłacić. To, że praktykant nie dostaje wynagrodzenia, lub dostaje wynagrodzenie o śmiesznie niskiej wartości nie oznacza przecież, że przestaje on jeść, czy że wpisem do CV rozliczy się w właścicielem wynajmowanego mieszkania. Oznacza to, że koszty utrzymania młodego człowieka spoczywają na rodzinie bądź życiowym partnerze/partnerce. Po pierwsze jest to forma dopłacania ze strony osób prywatnych do funkcjonowania często dużych i bogatych firm, po drugie taka konfiguracja faworyzuje osoby z zamożniejszych środowisk, które mogą sobie pozwolić na to, żeby „pracować za darmo”. W tym czasie mniej zamożni koledzy i koleżanki muszą zarabiać na swoje utrzymanie pracując często w sektorze junk jobs – śmieciowych prac, takich jak gastronomia, czy call centers, gdzie przecież trudno o wzbogacające karierę doświadczenia.

Eksperci zwracający uwagę na niedostosowanie kompetencji młodych osób do rynku pracy, ale to tylko jedna strona medalu. Drugą stroną medalu są pracodawcy, którzy w Polsce bardzo niechętnie uczestniczą w przygotowywaniu młodych osób do wykonywania zawodu. Daleko nam do niemieckich wzorców tzw. dualnego systemu kształcenia (duale ausbildung), gdzie pracodawcy na uczciwych zasadach partycypują w kształceniu kadr gospodarki. Odwracając dyskurs można więc powiedzieć, że to nie młodzi są roszczeniowi, tylko strona pracodawców, która narzeka na niskie kompetencje osób rozpoczynających karierę, a jednocześnie nie robi nic, lub robi bardzo niewiele, żeby te kompetencje dostosować do swoich potrzeb.

Nie tylko studenci
W wielu artykułach prasowych z radarów znikają osoby, które nie mają wykształcenia wyższego. Przez to mamy do czynienia ze swego rodzaju „studentocentryzmem” przekazów medialnych. Sam się przed tym nie uchroniłem poświęcając sporą część tekstu na analizę sytuacji studentów. Dzieje się tak dlatego, że dziennikarze mają tendencję do opisywania zjawisk, które są bliskie ich doświadczeniu. A studia, jak również niezadowolenie z płac i – zaryzykujmy ostrą tezę – gorycz porażki są bliskie ich codzienności. Ale przecież nie wszyscy młodzi są absolwentami szkół wyższych. Szerszą perspektywę dają raporty Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej, które patrzą na cały rynek pracy młodych, a nie tylko na wycinek odnoszący się do dość uprzywilejowanej grupy.

Największym problemem z jakim borykają się ludzie młodzi na rynku pracy jest oczywiście bezrobocie, które jest znacznie wyższe niż osób starszych. O ile stopa bezrobocia w IV kwartale 2016 roku dla całego społeczeństwa wynosiła 5,5%, tak w tym samym czasie dla osób w wieku 15–24 – 15,8%, niemal trzy razy więcej. Również wśród „starszych” młodych bezrobocie było nieco wyższe niż w ogóle aktywnych zawodowo – w grupie wiekowej 25–34 lata – 6,3%. Wynika to właśnie z niedopasowania kompetencji osób młodych do rynku pracy, o czym była już mowa powyżej. Wyższe bezrobocie wśród młodych jest zjawiskiem dość typowym dla europejskich krajów, z wyjątkiem Niemiec i Austrii, gdzie obowiązuje dualny system kształcenia.

Młodzi jednak szybciej znajdują pracę. Według opracowania MRPiPS pod koniec 2015 roku średni czas poszukiwania pracy wynosił 12,6 miesiąca, ale dla osób młodych już tylko 7,6 miesiąca. Czas pozostawania bez pracy wzrasta z wiekiem bezrobotnych i obniża się wraz z podnoszeniem się poziomu wykształcenia.

Z uwagi na dziurawe przepisy i wadliwą politykę państwa młodym w zasadzie nie przysługują zasiłki dla bezrobotnych. W 2015 roku prawo do zasiłku dla bezrobotnych posiadało jedynie 5,6% osób do 25 roku życia zarejestrowanych w urzędach pracy.

Uśmieciowienie zatrudnienia
Jednym z najczęściej podejmowanych tematów jeśli chodzi o rynek pracy młodych jest kwestia uśmieciowienia form zatrudnienia. Tutaj mamy do czynienia z pewnym zaskoczeniem, ponieważ według danych pochodzących z Badania Kapitału Ludzkiego cytowanych przez Zieloną Linię wynika, że w przypadku osób, które nie ukończyły 30 roku życia śmieciówki są domeną jedynie 7% zatrudnionych, podczas gry aż 84% osób pracuje w oparciu o przepisy Kodeksu pracy. Zbliżone dane podaje Główny Urząd Statystyczny, jednak 4,4% umów cywilnoprawnych to, zdaniem instytucji, udział w całym rynku. Badania GUS potwierdzają jednak, że umowy cywilno-prawne nie są wyborem pracowników – aż 80% osób pracowało w ten sposób, ponieważ zostały do tego „przymuszone”. Możemy się pokusić o stwierdzenie, że te 80% umów cywilno-prawnych to właśnie śmieciówki, czyli umowy, których głównym beneficjentem jest pracodawca. Podsumowując, polski rynek pracy nie jest łaskawy dla młodych. Widać to w dziesiątkach pośrednich badań odnoszących się choćby do dzietności, gdzie młodzi ludzi jako najważniejszy powód odwlekania decyzji o dziecku podają właśnie kwestie związane z rynkiem pracy. Zły rynek pracy dla młodych Polaków skutkuje również masową emigracją; emigranci nogami komunikują, że Polska to nie jest kraj dla młodych ludzi.

Kamil Fejfer

Materiał został sfinansowany z grantu Fundacji Fundusz Mediów.

Źródło: FISE
NOWY KOMENTARZ
TYTUŁ KOMENTARZA
TREŚĆ KOMENTARZA
PODPIS