PORTAL PROWADZI
Łukasz Komuda
Ostatnia aktualizacja: 24.03.2017
FLEXICURITY|STATYSTYKA|
Szampan staje w gardle

Oprac. Łukasz Komuda, źr. GUS

„Mamy rynek pracownika” słyszymy każdego dnia z mediów. Niby konsumenci i pracownicy mają swoje lata tłuste, ale większość z nas jakoś tego nie odczuwa. Cóż, polski rynek pracy tylko z pozoru jest w znakomitej kondycji. Fundamentalne problemy pozostają na nim nierozwiązane. Ponieważ zmierzenie się z nimi wymaga polityki obliczonej na wiele kadencji sejmowych i kompleksowe, systemowe działanie – trudno znaleźć nadzieję na zmianę tego stanu.

Portal Rynekpracy.org zawiera podstronę Statystyki rynku pracy, na której znaleźć można 19 wybranych wskaźników statystycznych (9 opisanych szczegółowo wraz z wykresami) opisujących to, co dzieje się w naszej gospodarce na przestrzeni pomiędzy pracownikami i pracodawcami. Ostatnia aktualizacja danych była wyjątkowa. Jeszcze nigdy nie było okazji do tak częstego używania słowa „rekord”.

Rekord liczby rekordów
Bezrobocie rejestrowane wg wstępnych danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w końcu lutego 2017 roku wynosiło 8,5%. Był to najlepszy luty od 26 lat – czyli od czasu, gdy reformy przeorały gospodarczy krajobraz naszego kraju. Co więcej, ponieważ najniższa wartość wskaźnika odnotowana w październiku i listopadzie ubiegłego roku była tylko o 0,3 pkt. proc. niższa, to możemy spodziewać się niebawem kolejnych rekordów minimalnego bezrobocia.
 
NA WSZYSTKICH WYKRESACH PONIŻEJ użyj suwaków, aby zmienić okres wyświetlania danych.
Najedź myszką na punkty wykresu i odczytaj wskazania dla wybranych miesięcy.
 


12-miesięczna dynamika stopy bezrobocia rejestrowanego wynosiła w lutym 2017 roku minus 1,8% i jeśli się utrzyma na tym poziomie, to w marcu ponownie będziemy mieli bezrobocie rzędu 8,2%, w lipcu stopa zejdzie poniżej 7%, a w październiku-listopadzie może sięgnąć 6,4%. Co więcej, ponieważ wskaźnik ten zmienia się w wyraźnych cyklach i do tej pory żaden z okresów dodatniej czy też ujemnej dynamiki nie trwał krócej niż 4 lata, ani dłużej niż 5,5 roku, nie wykluczone, że stopa może spadać nawet do połowy 2019 roku (choć zapewne już nie w tak szybkim tempie).

Także stopa bezrobocia liczona dzięki Badaniu Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) – używana po pewnych korektach przez Eurostat do porównywania wskaźnika między krajami UE – może napawać dumą. W IV kwartale 2016 roku (BAEL realizowany jest w rytmie kwartalnym) odnotowano wskaźnik równy 5,5% – nie spotykany od początku badania (pierwsza edycja obejmowała okres II–IV 1992 roku). Mieliśmy najmniej bezrobotnych w historii (957 tys. – zarejestrowanych bezrobotnych było o ok. ćwierć miliona więcej). Rekordowo niskie było bezrobocie kobiet (5,7%) i młodych ludzi (15,8%) – i w każdym z tych przypadków spodziewamy się dalszych spadków!

Achy i ochy
Niespotykana wcześniej była liczba pracujących w naszej gospodarce, którą dzięki ostatniej edycji BAEL udało się oszacować na 16 325 tys. (14 lat temu liczba ta była niższa o blisko 3 mln). Największe w historii zatrudnienie odnotowano w sektorze usług (9485 tys.), a w przypadku sektora przemysłowego trzydziestu kilku tysięcy brakuje do wartości rekordowej (wynik z IV kwartału 2016 roku był trzecim najwyższym w dotychczasowym badania), za to zatrudnienie w rolnictwie (1664 tys.) było najniższe jak do tej pory. Świadczyłoby to o pozytywnej ewolucji naszej gospodarki, w której rolnictwo stanowi rodzaj przechowalni nadwyżki siły roboczej – zamiast 3–5% pracujących zatrudnia aż 10,5%.

Mało tego, sektor przedsiębiorstw zatrudniał w lutym 2017 roku 5976,2 tys. osób, czyli najwięcej od września 1992 roku. Mówimy tu o firmach zatrudniających co najmniej 10 osób, a więc takich, w których częściej można liczyć na większe wynagrodzenia i standardowe umowy o pracę niż w najmniejszych podmiotach gospodarczych.

Po tej liście dobrych wieści ma się ochotę otworzyć butelkę szampana. Wstrzymajmy się jednak z szukaniem kieliszków.

Bezrobocie jako klapki na oczach
W medialnym dyskursie Największym Wyzwaniem, jakiemu nasz kraj próbuje odpowiedzieć od momentu zmiany ustroju ekonomicznego, jest bezrobocie. To zrozumiałe: bezrobotni kosztują nas publiczne pieniądze w postaci tzw. socjalu (zasiłek dla bezrobotnych przy jego niskiej kwocie i krótkim czasie wypłacania ma tu akurat relatywnie małe znaczenie). Ale też obciążają prywatne portfele: partnerzy i małżonkowie wspierają się nawzajem, gdy jedno z nich straci pracę, rodzice pomagają dzieciom (rzadziej na odwrót), rzadziej dalsza rodzina lub ludzie zupełnie ze sobą niespokrewnieni. Do rejestrowania bezrobotnych powołaliśmy sieć urzędów obecnych w każdym powiecie, mamy specjalną ustawę, by określić instrumenty służące jak najszybszeniu przywrócenia ich do zatrudnienia, oraz Fundusz Pracy, by to wsparcie sfinansować.

Tymczasem prawdziwy problem tkwi głębiej, jest znacznie obszerniejszy i trudniejszy do rozwiązania. Oto bowiem kosztowne społecznie i gospodarczo reformy gospodarcze, jakie nasz kraj przeszedł, wypchnęły ogromną liczbę ludzi poza margines rynku pracy – poza sferę bezrobocia nawet, do obszaru nazywanego biernością zawodową. I ten stan został niejako zacementowany reliami dostępności zatrudnienia, działaniami państwa oraz czynnikami kulturowymi. Grupa biernych zawodowo występuje w każdym kraju: wszędzie bowiem większość młodych ludzi skupia się na nauce, a nie na pracy, a seniorzy spędzają czas na emeryturze, a nie przy maszynie. Wszędzie można znaleźć osoby bardzo poważnie chore i kalekie, które z powodu swojego nieszczęścia fizycznie lub psychicznie nie są w stanie podołać trudom pracy zawodowej – i tak dalej. W Polsce jednak grupa biernych zawodowo jest od dawna alarmująco duża i maleje ostatnio raczej z powodów demograficznych niż ze względu na systemowe zmiany w naszej gospodarce czy też polityce gospodarczej. Wystarczy przypomnieć sobie, że najliczniejszy rocznik Polaków obchodzi w tym roku 33. urodziny. Oznacza to, że na rynek pracy wchodzą coraz skromniejsze liczebnie kohorty wiekowe, ale też uczą się i studiują (bierni zawodowo) coraz mniejsze grupy ludzi (roczniki przestają się kurczyć na tegorocznych 13-latkach). Jednocześnie powojenny szczyt boomu demograficznego kończy właśnie 60-tkę. Zatem kolejne młodsze roczniki przechodzące proces dezaktywizacji zawodowej (która w Polsce zaczyna się już koło 50-tki i po pięciu latach zaczyna wyraźnie przyśpieszać) są mniej zasobne, co także przyczynia się do kurczenia sumy biernych zawodowo.

Aktywność bez zmian
Liczba osób biernych zawodowo zmniejszała się od 2007 roku w średnim tempie ok. 140 tys. osób rocznie i w IV kwartale 2016 roku wynosiła 13,4 mln. Jednocześnie jednak liczba osób aktywnych zawodowo (czyli pracujących i bezrobotnych) od ćwierćwiecza w zasadzie się nie zmieniała i wahała się tylko pomiędzy 16,7 i 17,8 mln. Wygląda więc na to, że przez te 25 lat wykorzystane zasoby kadrowe wraz z łatwo dostępnymi rezerwami (bezrobotni) pozostawały na niezmienionym poziomie.

Wskaźnik aktywności zawodowej w IV kwartale ubiegłego roku wynosił 56,3% (taki odsetek stanowili pracujący i bezrobotni w ogóle osób w wieku 15+) i był tylko 3,1 pkt. proc. wyższy od najniższego wskaźnika w historii (z I kwartału 2007 roku) oraz o 0,5 pkt. proc. niższy od najwyższego wskazania (II kwartał 2000 roku). Na 1000 pracujących Polaków przypadało zaś 880 niepracujących – o 15 więcej niż na początku 1992 roku, przy pierwszych szacunkach tego wskaźnika.

Skoro dziś relacja pracujący do niepracujących zbliżona jest do proporcji 1:1, to co czeka nas za ćwierćwiecze? Skoro teraz, przy tylu rekordowych wynikach w dziedzinie bezrobocia i zatrudnienia, liczba aktywnych zawodowych osób właściwie nie rośnie, to co się stanie, gdy wejdziemy w kolejny poważny kryzys gospodarczy?

Bez reformy nie będzie reformy
Powyżej znajduje się kilkadziesiąt różnych liczb, które wielu czytelnikom pewnie się już pomieszały. To, co warto zapamiętać, zachowaliśmy więc na koniec. Gdy następny raz usłyszycie, że w Polsce brakuje ludzi do pracy, to poza głosami przedstawicieli firm szukających wyjątkowo wąskiej klasy specjalistów (których nie chcą sami wyszkolić), praktycznie zawsze możecie odpowiedzieć: w Polsce nie brakuje pracowników, ale co najwyżej nie można ich znaleźć PRZY PROPONOWANYM POZIOMIE WYNAGRODZEŃ I POZAMERYTORYCZNYCH WYMAGANIACH STAWIANYCH PRZEZ FIRMY.

Nasza gospodarka to bowiem nie tylko ponad 16 mln pracujących, blisko milion bezrobotnych i drugie tyle ludzi „ukrywających się” na wsi przed brakiem zatrudnienia. To także pół miliona „przechowywanych” w uczelniach wyższych studentów, którzy marnują tam swój czas i pieniądze rodziców; milion niepełnosprawnych, których na rozmowie o pracę skreślają na wszelki wypadek nawet urzędy centralne; grubo ponad dwa miliony osób w wieku 50+, które po utracie pracy długo próbowały coś znaleźć, ale ostatecznie wybrały którąś ze strategii dotrwania do emerytury; milion osób zajmujących się swoimi dziećmi, wnukami czy osobami wymagającymi pomocy, bo państwo oszczędza na żłobkach i usługach opiekuńczych; i 2–2,5 mln zaradnych, którzy machnęli ręką na nędzne stawki nad Wisłą i wyjechali choćby za Odrę, gdzie płaca minimalna jest wyższa niż nasze wynagrodzenie średnie. Licząc tylko te grupy, okaże się, że armia rezerwowych rąk do pracy liczy u nas nie milion czy dwa miliony, ale co najmniej 8 milionów – 8 milionów ludzi, których nie potrafimy wykorzystać.

Wolny rynek tego nie zrobi – większość pomysłów przedstawicieli biznesu sprowadza się bowiem do tworzenia większej liczby nisko płatnych miejsc pracy (a przy okazji do ograniczania roli regulacyjnej instytucji państwa i przerzucania na nie kosztów prowadzenia biznesu np. przygotowania pracowników). Dotychczasowa polityka pozyskiwania inwestorów typu greenfield również nie wystarczy – uszczyplamy publiczną kasę za przywilej goszczenia zagranicznego kapitału, który najchętniej instaluje u nas montownie, nie wiążąc się z naszym krajem w żaden sposób i stale szantażując możliwością przeniesienia zakładu. Z pewnością jednak nie sprawdzi się polityka renacjonalizacji czy tworzenia przedsiębiorstw państwowych, w których kluczowe stanowiska zajmą osoby według klucza powiązań towarzyskich i lojalności politycznej.

Nasz kraj potrzebuje nowego modelu rozwoju gospodarczego, w którym aktywnym i silnym aktorem będzie państwo. Aby jednak mógł on powstać, najpierw narodzić się musi nowy model polityczny. Model, w którym polityki powstają w oparciu o fakty, działania państwa na różnych polach są spójne, a wielkie i ambitne projekty mogą być kontynuowane przez wiele kadencji parlamentarnych czy samorządowych. Systemowa, fundamentalna zmiana w gospodarce nie ma szans bez systemowej reformy w polityce. Takiej reformy na horyzoncie jednak nie widać.


Łukasz Komuda,

Źródło: FISE
KOMENTARZE (0) | DODAJ KOMENTARZ
WARTO PRZECZYTAĆ

Oprac. Łukasz Komuda, źr. GUS

FLEXICURITY | STATYSTYKA | 24.03.2017 „Mamy rynek pracownika” słyszymy każdego dnia z mediów. Niby konsumenci i pracownicy mają swoje lata tłuste, ale większość z nas jakoś tego nie odczuwa. Cóż, polski rynek pracy tylko z pozoru jest w znakomitej kondycji. Fundamentalne problemy pozostają na nim nierozwiązane. Ponieważ zmierzenie się z nimi wymaga polityki obliczonej na wiele kadencji sejmowych i kompleksowe, systemowe działanie … (więcej >)