PORTAL PROWADZI
Łukasz Komuda
Ostatnia aktualizacja: 05.09.2016
INSTYTUCJE RYNKU PRACY|STATYSTYKA|ZAGRANICA|
Jak badać służbę zdrowia?

fot. George Hodan, źr. publicdomainpictures.net, lic. C0

Opieka zdrowotna ma z rynkiem pracy związek podwójny. Po pierwsze, jej jakość przekłada się na liczniejsze i zdrowe społeczeństwo, czyli na populację osób zdolnych do pracy. Po drugie, personel medyczny stanowi istotną i bardzo szczególną grupę zawodową. Jak możemy oceniać to, czy mamy w Polsce dobrą i efektywnie działającą służbę zdrowia? I co wynika z takiej diagnozy?

Zagadnienia związane ze zdrowiem są dość szczegółowo opisane statystycznie na poziomie Polski (materiały Głównego Urzędu Statystycznego i opracowania Ministerstwa Zdrowia), Unii Europejskiej (Eurostat) i wszystkich krajów świata (WHO, czyli Światowa Organizacja Zdrowia, oraz OECD, czyli Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju). Nie powinno to dziwić: to właśnie kwestie chorób, ran, wypadków, umieralności i długości życia jako pierwsze pośród zjawisk społecznych zostały poddane złożonym analizom z użyciem matematyki. W 1744 roku dwóch prezbiteriańskich duchownych – Alexander Webster i Robert Wallace – postanowili zmierzyć się z problemem wdów i sierot, pozostających w Szkocji bez środków do życia przez przedwcześnie zmarłych pastorów – mężów i ojców. Dobrze wykształceni szkoccy dżentelmeni poświęcili dwa lata na zbieranie odpowiedniej bazy danych, która pozwoliła z dużą dokładnością przewidywać niezbędne wydatki z tytułu rent i określić wysokość składek. Tak narodziła się zarówno nowoczesna demografia, jak i ubezpieczenia, a także Scottish Widows, firma ubezpieczeniowa, która po dziś dzień ma największy udział w szkockim rynku ubezpieczeń na życie.

Rewolucja Francuska i okres wojen napoleońskich otworzył natomiast drzwi do nowoczesnej medycyny. Do tej pory stosowane metody leczenia ran i chorób wynikały z tradycji, choć niemałe grono lekarzy i chirurgów powątpiewało w skuteczność całego szeregu metod i medykamentów. Tysiące chorych i rannych żołnierzy, trafiających do lazaretów, dały pionierom szanse na przeprowadzenie pierwszych badań skuteczności obowiązujących praktyk lekarskich – po prostu dzielono np. postrzelonych w nogę żołnierzy na dwie grupy i pierwszej ranę przyżegano, a drugą zostawiano w spokoju i skrupulatnie notowano, jakie były efekty po kilku dniach. Z czasem konieczność zbadania każdego środka medycznego na odpowiedniej grupie pacjentów z użyciem grupy kontrolnej stała się oczywistością zarówno dla personelu medycznego, jak i pacjentów.

Mając za sobą co najmniej dwa wieki tradycji zbierania danych – na temat jakości i długości życia, zapadalności na choroby, częstotliwości stosowania wybranych zabiegów medycznych, statystyki dotyczące wydatków na opiekę zdrowotną i leki, a także wskaźniki dotyczące szpitali, łóżek szpitalnych, personelu i wiele, wiele innych – stajemy przed wyzwaniem. Które można uznać za najważniejsze? Które najlepiej określają to, czy nie zaniedbujemy naszego systemu ochrony zdrowia?

Zacznijmy od prostego podziału. Wszelkie dane charakteryzujące system opieki medycznej możemy podzielić na dwie grupy. W pierwszej znajdą się informacje dotyczące podaży środków służących utrzymaniu i poprawie stanu zdrowia obywateli. W drugiej – opisujące stan zdrowia, wybrane przyczyny zgonu, długość i jakość życia. W dalszej części tekstu skupiać będziemy się oczywiście na tych danych, które możemy zaprezentować na tle międzynarodowym.

Przed b. ZSRR i Bałkanami
Zasoby delegowane do zapewnienia jak najlepszego stanu zdrowia danego społeczeństwa skupiają się w trzech grupach: środków finansowych, zasobów materialnych i personelu medycznego. Jak prezentujemy się pod względem wydatków na to, co ponoć jest najważniejsze? Pod względem wydatków na ochronę zdrowia (licząc łącznie publiczne i prywatne), bez rozróżnienia na leki, procedury medyczne, wynagrodzenia i kształcenie personelu, inwestycje np. w nowe szpitale itd.

Z publikacji „Zdrowie i ochrona zdrowia”, która ukazała się w grudniu 2015 roku, wyczytać można, że w 2013 roku (to najświeższe dane) łączne wydatki na opiekę zdrowotną wynosiły w Polsce 101,0 mld zł, z czego wydatki prywatne stanowiły 30%. Porównania z innymi krajami można dokonać na dwa sposoby. Przeliczając złotówki na PPS (Purchasing Power Standard, standard siły nabywczej) możemy zniwelować różnice w cenach pomiędzy krajami; dzieląc zaś uzyskaną wartość przez liczbę mieszkańców uzyskujemy możliwość uporządkowania państw wedle przeciętnych środków przeznaczonych na jednego obywatela. Polski wskaźnik w 2012 roku wynosił 803 PPS, podczas gdy unijna średnia to 2123 PPS, a wartość dla Niemiec to 3149 PPS (Eurostat). Udało się nam wyprzedzić jedynie Łotwę, Węgry, Rumunię i Bułgarię. Już tu pojawia się pewna prawidłowość, którą będzie można dostrzec w całym szeregu wskaźników czy to unijnych, czy szerzej międzynarodowych – nasz kraj wyprzedzać będzie państwa byłego ZSRR oraz te leżące na południe (Serbia, Bośnia i Hercegowina, Macedonia, Albania, Węgry, Rumunia, Bułgaria, Turcja a czasem także Słowacja).

Druga metoda to obliczenie udziału wydatków na zdrowie jako odsetek PKB. OECD szacuje ten wskaźnik dla Polski (2015 rok) na 6,3%. Pośród 35 krajów zrzeszonych w tej organizacji nasza skala dbałości o zdrowie zaimponować może tylko Łotwie (5,6%), Meksykowi (5,9%) i Turcji (5,2%). Węgry i Słowacja na zdrowie wydają w przeliczeniu po 7,0% PKB, Niemcy – 11,1% (najwięcej pośród europejskich członków OECD), a niedoścignionym rekordzistą są oczywiście Stany Zjednoczone – 16,6%.

Mocni w łóżkach
Choć istnieją dane zliczające funkcjonujące szpitale i przychodnie, jednak niewiele nam one mówią, skoro 10 małych szpitali może mieć tyle łóżek, niż jeden moloch. Weźmy Polskę, gdzie na koniec 2014 roku funkcjonowało 1096 szpitali (GUS podaje na koniec roku 2014 liczbę 979 samodzielnych jednostek szpitali ogólnych), podczas gdy np. w Belgii było ich 187, w Estonii 30, na Węgrzech 174, a z kolei w Niemczech 3138, we Francji 3111, w Japonii 8493, w Turcji 1528 (dane OECD).

Liczbę łóżek najuczciwiej jest przy tym podzielić przez liczbę mieszkańców. Wtedy wskaźnik dla naszego kraju wynosi 663 łóżka na 100 tys. obywateli (dane OECD, 2014 rok). Dla porównania: średnia UE wynosiła 521, a Polska ustępuje tylko 8 krajom członkowskich tej organizacji: Rumunii (671), Węgrom (698), Bułgarii (713), Litwie (722), Austrii (759), Niemcom (823), Korei Południowej (1166) i Japonii (1320). Na dole stawki znalazły się Meksyk (162), Chile (211), Szwecja (254), Irlandia (260) i Turcja (258).

Liczba łóżek szpitalnych na 100 tys. mieszkańców w 2014 roku
 
Kraj Łóżka szpitalne
Meksyk 162
Chile 211
Szwecja 254
Irlandia 260
Turcja 268
Dania 269
Kanada 272
Wielka Brytania 273
Nowa Zelandia 275
Stany Zjednoczone 289
Hiszpania 297
Izrael 308
Islandia 318
Włochy 331
Portugalia 332
Cypr 342
Australia 374
Norwegia 384
Grecja 424
Finlandia 453
Słowenia 454
Szwajcaria 458
Holandia 466
Malta 467
Luksemburg 494
Estonia 501
ŚREDNIA UE 521
Łotwa 566
Słowacja 579
Chorwacja 591
Francja 620
Belgia 623
Czechy 645
POLSKA 663
Rumunia 671
Węgry 698
Bułgaria 713
Litwa 722
Austria 759
Niemcy 823
Korea Południowa 1166
Japonia 1320

Źródło: OECD, Eurostat; oprac. Łukasz Komuda, FISE

Gdy policzymy w ten sam sposób łóżka w szpitalach psychiatrycznych, to rozrzut będzie jeszcze większy: od Włoch, gdzie na 100 tys. mieszkańców przypadało w 2014 roku tylko 7 łóżek (dane Eurostatu), poprzez Hiszpanię (36), Szwecję (45), Polskę (65), Francję (87), Węgry (89), Czechy (96) do Łotwy (126), Niemiec (127) i Belgii (173). W tym przypadku kluczowe znaczenie zdaje się mieć popularność leczenia otwartego osób chorych psychicznie (z okresowymi wizytami u lekarza zamiast zamknięcia w szpitalu).

W obu powyższych przypadkach na kraje najzamożniejsze mieszały się z tymi doganiającymi ekonomiczną czołówkę. Pokazuje to, że wskaźniki te samodzielnie nie nadają się do oceny kondycji służby zdrowia. Ilustrują raczej fakt, że w Europie funkcjonuje wiele rozmaitych systemów zdrowotnych (np. preferujące leczenie pacjentów tak, by jak najszybciej trafiali do domu), różny nacisk na profilaktykę oraz rehabilitację (oba działania ograniczają zapotrzebowanie na zabiegi i szpitalne leczenie), nie wspominając o tym, że miejsca w szpitalu mogą mieć różny dostęp zarówno do sprzętu medycznego, jak i specjalistów. Bo przecież to nie łóżko leczy pacjenta.

Na szarym końcu, a będzie gorzej
Przejdźmy zatem do tych, którzy leczą, rehabilitują i opiekują się pacjentami. Według WHO w 2013 roku (najnowsze dane) w Polsce znaleźć można było 838 specjalistów służby zdrowia na 100 tys. mieszkańców (lekarze, technicy, laboranci, pielęgniarki, położne, rehabilitanci, dentyści). Gdy spojrzymy na listę krajów unijnych, to okaże się, że uplasowaliśmy się na 5. miejscu od końca. Gorzej wypadały tylko Rumunia (806), Łotwa (701), Cypr (679) i Litwa (412). Na szczycie listy znajdowały się Belgia (2165), Dania (2027), Irlandia (1787), Luksemburg (1551) i Szwecja (1497). W UE widać było, że szczytowe pozycje zajmują kraje najbardziej rozwinięte i najzamożniejsze, a u dołu tabeli zobaczyć można raczej społeczno-ekonomiczną ariergardę. Przy okazji warto nadmienić, że w USA współczynnik ten wynosi 1227, a na wrogiej Kubie – 1578 (kształcenie lekarzy i personelu pomocniczego jest na wyspie priorytetem niemal od rewolucji; gorzej z całą resztą: lekami, sprzętem itd.).

Liczebość profesjonalnego personelu medycznego w przeliczeniu
na 100 tys. mieszkańców w 2013 roku

 

Kraj Personel medyczny
Turcja 411
Litwa 412
Meksyk 462
Cypr 679
Łotwa 701
Korea Południowa 715
Rumunia 806
Izrael 830
POLSKA 838
Bułgaria 864
Włochy 920
Słowacja 939
Węgry 956
Estonia 962
Portugalia 1021
Hiszpania 1061
Słowenia 1098
Kanada 1136
Wielka Brytania 1161
Stany Zjednoczone 1227
Francja 1249
Niemcy 1361
Nowa Zelandia 1361
Finlandia 1377
Japonia 1379
Australia 1392
Szwecja 1497
Luksemburg 1551
Irlandia 1787
Islandia 1907
Dania 2027
Szwajcaria 2141
Norwegia 2155
Belgia 2165

Źródło: WHO; oprac. Łukasz Komuda, FISE

Jednym z najczęściej występujących mierników pokazujących, czy w danym kraju czy regionie jest odpowiednie zaplecze zdrowotne, jest jednak iloczyn liczby lekarzy przez liczbę mieszkańców (i ponownie pomnożony przez 100 tys.). Według Eurostatu w Polsce w 2014 roku (najnowsze dane) 231 praktykujących lekarzy ogólnych i specjalistów (bez dentystów) na 100 tys. obywateli. Zajmujemy ostatnie miejsce w Unii Europejskiej. Dane GUS dla 2014 roku pokazują, że najgorzej było w województwie wielkopolskim (158) i w ogóle we wszystkich województwach zachodniej części kraju, a najlepiej w łódzkim (270). Ciekawsze jest jednak to, jak wygląda pod tym względem mapa w UE. W Belgii było 297 lekarzy na 100 tys., w Luksemburgu 286, w Irlandii 281, w Wielkiej Brytanii 279, w Słowenii 277, a w Rumunii 270 (czyli w tym kraju było średnio tylu lekarzy na mieszkańca co w naszym najzasobniejszym województwie). Czoło listy okupują Austria (505), Litwa (431), Szwecja (412) i Niemcy (410), zaś kraje do których lubimy się porównywać znalazły się gdzieś pomiędzy: Słowacja (300), Węgry (332), Czechy (369), Hiszpania (380). Trudno nie zauważyć korelacji tego wskaźnika z opinią na temat kolejek i trudnym dostępie do specjalistów, jakie pojawiają się tak w Polsce, jak i w Zjednoczonym Królestwie, gdzie nic tak nie rozdrażnia obywateli jak problemy, a przede wszystkim niedofinansowanie National Health Service. Tymczasem służba medyczna w krajach niemieckojęzycznych i skandynawskich uchodzą za niedoskonałe, ale daleko lepsze niż brytyjskie.

Co gorsza, polskie statystyki w tym względzie będą się jeszcze pogarszać, gdyż liczba aktywnych lekarzy w wieku 65+ w latach 2005-2014 zwiększyła się o 1/3 (w 2014 roku było ich 30 tys.), podczas gdy ta sama liczba dla lekarzy do 35 roku życia od lat właściwie stała w miejscu (25 tys.), zaś najliczniejszą grupą byli lekarze w wieku 45-54 lat, których mieliśmy 32 tys. (dane GUS). Daleko jednak do dramatu, jaki rozgrywa się w zawodzie pielęgniarki. Do wykonywania tego zawodu uprawnionych było 17 tys. pielęgniarek w wieku 65+ (wzrost o 1/5), w grupie 45-54 lata znalazło się 96 tys., a w najmłodszej (do 35 roku życia) – 22 tys. Można więc oszacować, że co roku średni wiek pielęgniarki zwiększa się o niemal rok, a w 2015 roku wynosił 48 lat. Bardzo podobna sytuacja panuje w przypadku położnych.

Według OECD mieliśmy w 2014 roku mieliśmy 5,24 pielęgniarki na 1000 mieszkańców. Pośród krajów unijnych należących do tej organizacji gorzej było tylko w Grecji (3,23) i Hiszpanii (5,15), a poza UE – w Izraelu (4,86) oraz Meksyku (2,7). Zajmowaliśmy więc piąte miejsce u dołu tabeli pośród 35 krajów, U jej szczytu znaleźć można było Niemcy (13,14), a poza UE – Islandię (15,33), Norwegię (16,89) i Szwajcarię (17,56). Co gorsza, do tych właśnie krajów (Skandynawia, Niemcy, Szwajcaria) migruje nasz personel medyczny ze względu na 5-10-krotnie wyższe wynagrodzenia na obczyźnie.

Skuteczni w porodówkach
Mamy już pewne pojęcie o tym, jakie zasoby przeznacza nasza ojczyzna na opiekę zdrowotną. Pora spojrzeć na efekty tych wydatków. Zacznijmy od klasycznego wskaźnika, który dość sprawnie oddziela kraje rozwinięte od krajów cywilizacyjnie zapóźnionych, a przy tym w dużym stopniu determinuję strukturę demograficzną państw. Mowa o wskaźniku śmiertelności dzieci do 5 roku życia. Według WHO w Polsce w 2015 roku umierało 5,2 dziecka na 1000 żywych urodzeń, co dawało nam 21. pozycję wśród krajów Unii Europejskiej, 31. – wśród krajów naszego kontynentu, i 36. – na świecie (na 171 notowanych). W UE przodują Luksemburg (1,9), Finlandia (2,3) i Słowenia (2,6), a stawkę zamykają Bułgaria (10,4) i Rumunia (11,1).

A co z umieralnością w czasie porodu i połogu? Tu pozytywne zaskoczenie: zajmujemy 4 miejsce na świecie (tylko 3 zgony na 100 tys. żywych urodzeń, czyli rocznie mamy zaledwie kilkanaście takich przypadków), ustępując tylko Finlandii, Grecji i Islandii, przy czym różnica była w miejscach po przecinku. Według WHO w Czechach i Szwecji w 2015 roku były 4 zgony kobiet w czasie porodu i połogu na 100 tys. żywych urodzeń, w Hiszpanii – 5, w Niemczech i na Słowacji – 6, we Francji – 8, w Wielkiej Brytanii – 9, na Litwie – 10, w Bułgarii – 11, na Węgrzech – 17, a w Rumunii – 31. Najsprawniejsze systemy poza UE to kuwejcki i białoruski (4), izraelski, norweski, szwajcarski i japoński (5), australijski i ten w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (6) oraz czarnogórski i kanadyjski (7). Stany Zjednoczone z 14 zgonami na 100 tys. żywych urodzeń mają gorsze wyniki niż 46 innych państw, z czego blisko trzydziestka to państwa Starego Kontynentu.

Powyższe dwa wskaźniki pokazują jakość opieki prenatalnej, neonatalnej i położniczej. Trudniej oceniać inne segmenty systemów ochrony zdrowia. W przypadku leczenia psychiatrycznego i opieki psychologicznej stosowanym często indykatorem jest liczba samobójstw na 100 tys. mieszkańców. Według WHO w 2012 roku w Polsce odebrało sobie życie 20,5 na 100 tys. obywateli (18-krotnie więcej niż ginie na skutek przemocy!). Tylko trzy kraje unijne miały jeszcze bardziej ponure statystyki: Łotwa (21,8), Węgry (25,4) i Litwa (33,5), poza UE: Białoruś (21,8) i Rosja (22,3), a poza Europą: Indie (20,9), Japonia (23,1), Sri Lanka (29,2) i Korea Południowa (36,8). To oznacza, że na tej liście krajów o największej skali problemu samobójstw zajmujemy 10. miejsce na świecie. Na ten wskaźnik w dużo większym stopniu niż w przypadku indykatorów związanych z narodzinami dzieci, w dużo większym stopniu wpływają czynniki społeczno-ekonomiczne (więzy społeczne, tempo życia i związany z tym stres, sytuacja ekonomiczna, konkurencyjność w miejscu pracy i zapracowanie, system emerytalny). Niemniej z pewnością wielu nieszczęściom można by zapobiec, gdyby opieka psychologa i psychiatry była darmowa i na wyciągnięcie ręki.

Liczba samobójstw na w 2012 roku w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców
 
Kraj Liczba samobójstw
Meksyk 4,1
Grecja 4,9
Cypr 5,1
Izrael 6,2
Włochy 6,4
Malta 6,8
Hiszpania 7,0
Wielka Brytania 7,0
Turcja 8,0
Holandia 10,0
Norwegia 10,2
Nowa Zelandia 10,3
Luksemburg 10,9
Dania 11,2
Kanada 11,4
Irlandia 11,5
Australia 11,6
Szwajcaria 12,2
Portugalia 12,5
Słowacja 12,6
Rumunia 12,8
Chile 13,0
Niemcy 13,0
Szwecja 13,2
Stany Zjednoczone 13,7
Bułgaria 14,5
Islandia 15,1
Austria 15,6
Czechy 15,6
Francja 15,8
Chorwacja 16,5
Finlandia 16,7
Słowenia 17,1
Belgia 17,8
Estonia 18,7
POLSKA 20,5
Łotwa 21,8
Japonia 23,1
Węgry 25,4
Litwa 33,5
Korea Południowa 36,8

Źródło: WHO; oprac. Łukasz Komuda, FISE

Ani długo, ani krótko
Holistyczny efekt działania wszystkich elementów służby medycznej, ale także całej masy innych czynników – od klimatu i więzów rodzinnych, poprzez dietę, przestępczość i bezpieczeństwo na drogach, do wydarzeń historycznych (np. wojny) – zdaje się znajdywać odbicie w jednym z najczęściej wymienianych demograficznych wskaźników: szacowanej długości życia w momencie urodzenia (tzw. średnia długość życia). OECD informuje, że w 2014 roku w Polsce długość życia w wynosiła 77,7 roku (o 3,2 roku krócej niż średnia UE). Za nami byli Estończycy (77,2), Słowacy (76,9), Węgrzy (75,9), Rumuni (75,0), Meksykanie (74,8), Litwini (74,7), Bułgarzy (74,5) i Łotysze (74,3). Zajęliśmy więc 9. lokatę od końca w krajach Organizacji oraz 8. pośród krajów UE. Na czele rankingu znalazły się oczywiście Japonia (83,7), a dalej Szwajcaria i Hiszpania (83,3), Włochy (83,2), Islandia (82,9) oraz Francja i Cypr (82,8). W Czechach indykator ten obliczano na 78,9 roku, w Niemczech na 81,2 roku, zaś w USA na 78,8, czyli niżej niż w Kostaryce (79,6), Chile (80,5) i Kanadzie (82,2). Polska w rankingu globalnym zajmuje dopiero 40. lokatę na 171 sklasyfikowanych państw (i 27. w Europie). Analiza danych Eurostatu w podziale na płci nie wnosi tu nic nowego: w przypadku kobiet Polska wypada 1,9 roku poniżej średniej unijnej, w przypadku mężczyzn – aż 4,4 roku.

Wydawało by się, że znacznie lepszym i chyba najważniejszym wskaźnikiem stanu zdrowia społeczeństwa, który ma bezpośredni przełożenie na zasoby siły roboczej i potencjał aktywności zawodowej, to długość życia w zdrowiu szacowana w chwili urodzenia. Dla kobiet w całej Unii Europejskiej Eurostat szacuje ten wskaźnik w 2014 roku na 61,8 roku. Tym razem nasz kraj wypada powyżej średniej (62,7) i w środku stawki. Za nami znalazły się jednak np. nie tylko Węgrzy (60,8), Rumuni (59,0) i Słowacy (54,6), ale także np. Włosi (62,3), Duńczycy (61,4), Holendrzy (59,0), Finowie (57,5) – i Niemcy (56,5), którzy zajęli 4. pozycję od końca. Przed nami uplasowali się za to Luksemburczycy (63,5), Francuzi i Brytyjczycy (64,2), Hiszpanie (65,0) oraz Szwedzi (66,0), ale także Bułgarzy (66,1). Mierząc tą miarą najlepszy system opieki zdrowotnej mieliby Maltańczycy (74,3) i Irlandczycy (67,5).

Popatrzmy na statystyki mężczyzn. Unijna średnia wyniosła 61,4 roku (o 0,4 roku mniej niż w przypadku kobiet), a Polska wypadła gorzej (59,8, o dwa lata mniej niż w przypadku kobiet). Pod nami byli np. Łotwa (51,5), Słowacja (55,5), Węgry (58,9) i Rumunia (59,0), ale także Niemcy (56,4), Austria (57,6), Portugalia (58,3) i Finlandia (58,7). Lepszy wynik osiągnęli natomiast zarówno Bułgaria (62,0) i Czechy (63,4), jak i Włochy (62,5), Wielka Brytania i Francja (63,4), Hiszpania (65,0) oraz Szwecja (66,9).

Wniosek może być tylko jeden: w różnych krajach mamy nie tylko inne tło społeczno-ekonomiczne, ale również inną „czułość systemu”, za sprawą której ta sama osoba w Niemczech i Finlandii może wykluczona z grona chorych (np. kwalifikuje do tego szersza grupa przewlekłych schorzeń lub schorzenia o mniejszej dolegliwości), podczas gdy w Bułgarii i Polsce już nie. Ta subiektywność oceny stanu zdrowia sprawia, że indykator ten nie nadaje się do międzynarodowych porównań i służyć może jedynie do śledzenia trendów krótkoterminowych (kryteria oceny stanu zdrowia ewoluują) w tym zakresie w ramach wybranego państwa lub do porównywania pewnych dużych podgrup np. kobiety i mężczyźni.

Czekając na kolaps
Jak więc dokonywać diagnozy służby zdrowia? W grupie krajów unijnych poszerzonej o państwa najbardziej rozwinięte należące do OECD troskę społeczeństwa (środki prywatne i publiczne) o stan zdrowia najlepiej kalkulować używając dwóch miar: odsetka PKB przeznaczanego na opiekę medyczną oraz wskaźnika liczby osób należących do personelu medycznego na 100 tys. (lub tysiąc) mieszkańców. O tym zaś, na ile przekłada się to na efekty, mówi nam jak się zdaje tradycyjny wskaźnik długości życia, który nie podlega zakrzywieniu ze względu na subiektywność oceny sytuacji pacjentów.

Gdy zestawimy wskaźnik wydatków z długością życia dla 2014 roku, dostrzeżemy, że kraje OECD z dodanymi Bułgarią, Chorwacją, Cyprem, Litwą i Rumunią tworzą na wykresie łatwo dostrzegalną linię trendu. Do obrazka nie pasuje jedynie patologiczny przypadek Stanów Zjednoczonych, gdzie na zdrowie wydaje się prawie 17% PKB, podczas gdy w żadnym innym kraju na świecie kwota ta nie przekracza 11,5%. Gołym okiem widać, że konstrukcja tamtejszego systemu rozdyma koszty opieki zdrowotnej.

Używając podstaw statystyki wyliczyć możemy, że każdy punkt procentowy PKB wydłuża długość życia obywateli o niemal 2,2 roku* – choć oczywiście w grę wchodzi cały szereg innych czynników, a korelacja obu wartości ma charakter matematyczny i nie musi (choć prawdopodobnie ma) charakter przyczynowo-skutkowy. Na wykresach załączonych poniżej kropki oznaczają kraje, przy czym czerwona to Polska, a żółta – USA.

Słabszy statystycznie związek występuje pomiędzy długością życia, a działającym personelem medycznym*. W tym przypadku każda dodatkowa pielęgniarka, położna, technik USG, rehabilitant, dentysta czy lekarz na tysiąc mieszkańców (każda setka na 100 tys. mieszkańców) skorelowany jest z wydłużeniem okresu życia o nieco ponad rok. Oczywiście obowiązują te same zastrzeżenia, które zostały wymienione powyżej.

Powyższe wykresy pomagają dostrzec, że kraje grupują się w dwa klastry. Pierwszy z nich to klub najbardziej rozwiniętych cywilizacyjnie i gospodarczo państw świat. W grupie tej średnia długość życia nie spada poniżej pułapu 80,8 roku (Dania). W drugim znaleźć można kraje, które próbują doszlusować do czołówki: od Chorwacji i Polski po Łotwę i Bułgarię. Choć Czechy przeznaczają na opiekę zdrowotną równowartość 7,6%, Bułgaria – 7,7%, a Chile – 7,8%, to żadne z nich nie jest w stanie pokonać przepaści, jaka dzieli oba klastry, gdy popatrzymy na oczekiwany okres życia. Lider – Chile – zatrzymał się na razie na poziomie 79,0 lat, co oznacza, że obie grupy dzieli niemal dwa lata różnicy, a to wcale nie mało. Słowenię, jako jedyny kraj Europy Środkowo-Wschodniej, zaliczyć można do krajów rozwiniętych (81,2 roku).

Co ciekawe, aż czterech członków elitarnego klastra wydają na opiekę medyczną mniej niż 8% PKB, a nawet mniej niż trójka wymienionych wyżej najhojniejszych krajów klastra aspirujących. Izrael przeznacza na ten cel 7,4% PKB, Cypr – 7,3%, a Luksemburg i Korea Południowa – po 7,2%. W ten sposób czarno na białym widać, że rozwój cywilizacyjny to nie tylko więcej środków, ale i lepsze nimi gospodarowanie.

Bardzo podobnie wygląda to w przypadku powiązania liczby personelu na 1000 mieszkańców i długości życia. Pominąwszy Stany Zjednoczone, które stanowią tu zupełnie odrębną kategorię, oraz uwzględniając fakt, że dla Czech i Chile brakuje wiarygodnych danych o całym zapleczu kadrowym służb medycznych, przepaść jest jeszcze większa i liczy 2,8 roku (od Turcji, gdzie długość życia to 78 lat, do wymienionej wcześniej Danii). Tu analogicznie widać nachodzenie się obu klastrów z punktu widzenia zaangażowanych zasobów osobowych służby zdrowia. Cypr (z elitarnego klastra), którego kadry liczą 6,8 osoby na 1000 mieszkańców, ustępował pod tym względem aż ósemce krajów z klastra aspirującego. Natomiast Węgry i Estonia (po 9,6 osoby na 1000 mieszkańców) przebijał Cypr, Koreę Południową (7,2), Izrael (8,3) i Włochy (9,2). Można to odczytać jako dowód na to, że dobra organizacja pracy służb medycznych pozwala osiągać lepsze efekty tymi samymi zespołami lekarzy i personelu pomocniczego.

Pod warunkiem jednak, że ci ostatni nie są przepracowani, a tak jest w realiach polskich. Niestety, na dokładkę nasz kraj porusza się w przeciwnym kierunku niż wymarzony cel, czyli grono krajów najbardziej rozwiniętych. Wygląda na to, że redukcja kadr medycznych będzie trudna do zatrzymania – przede wszystkim za sprawą emigracji zarobkowej, a także ograniczenia liczby chętnych do pracy w zawodzie pielęgniarki i położnej. Równolegle maleje skala wydatków na służbę zdrowia w relacji do PKB. Oto bowiem tempo wzrostu środków przeznaczanych na ten cel jest wyraźnie niższe niż wzrost gospodarczy. Biorąc pod uwagę wszystkie wskaźniki, jakie nakreśliliśmy powyżej, powiedzieć, że czeka nas kryzys, to mało. Kryzys już mamy, a zbliżamy się do atrofii całych grup zawodowych i zapaści organizacyjnej.

 

Łukasz Komuda, współpraca Kamil Fejfer

* R2 dla takiej linii trendu wynosi 0,56.
** R2 w tym przypadku wynosi 0,32.

Przygotowanie i opracowanie niniejszego tekstu zostało sfinansowane przez Fundację Towarzystwa Dziennikarskiego „Fundusz Mediów”.

Źródło: FISE
KOMENTARZE (0) | DODAJ KOMENTARZ
WARTO PRZECZYTAĆ

fot. George Hodan, źr. publicdomainpictures.net, lic. C0

INSTYTUCJE RYNKU PRACY | STATYSTYKA | ZAGRANICA | 05.09.2016 Opieka zdrowotna ma z rynkiem pracy związek podwójny. Po pierwsze, jej jakość przekłada się na liczniejsze i zdrowe społeczeństwo, czyli na populację osób zdolnych do pracy. Po drugie, personel medyczny stanowi istotną i bardzo szczególną grupę zawodową. Jak możemy oceniać to, czy mamy w Polsce dobrą i efektywnie działającą służbę zdrowia? I co wynika z takiej diagnozy? (więcej >)