PORTAL PROWADZI
Kamil Fejfer
Ostatnia aktualizacja: 21.01.2016
FLEXICURITY|STATYSTYKA|ZAGRANICA|
Dochód gwarantowany. Wypłata za to, że jesteś człowiekiem

Fot. moerschy, źr. pixabay.com, lic. CC0

Po światowej fali debat i analiz dotyczących nierówności, która właściwie ominęła Polskę, przyszedł czas na proponowanie rozwiązań tej kwestii. Jednym z nich jest dochód gwarantowany. O bezwarunkowym dochodzie mówi się w Kanadzie, Finlandia chce wprowadzić pilotaż w 2017, w Szwajcarii ma odbyć się referendum w tej sprawie, w 20 holenderskich miastach takie rozwiązanie już wprowadzono w życie, również u naszego zachodniego sąsiada prowadzony jest niewielki projekt. Niestety, w Polsce o temacie ciągle cicho.

Widmo dochodu gwarantowanego krąży nad Europą. To, co kilka lat temu wydawało się pomysłem utopijnym, zaczyna być testowane w kilku krajach. Brytyjski dziennik „The Guardian” pisze, że dochód gwarantowany będzie jednym z najgorętszych tematów ekonomicznych w 2016 roku. Zapewne jednak nie w Polsce. Z jakiegoś powodu polska debata ekonomiczna utknęła w okolicach końcówki lat 90. XX wieku i nadal niechętnie mówi się nawet o najważniejszym temacie ostatnich lat, czyli o nierównościach społeczno-ekonomicznych.

Tymczasem Finlandia prowadzi pracę nad wprowadzeniem pilotażu bezwarunkowego dochodu dla wszystkich od 2017 roku. Z dochodem gwarantowanym eksperymentuje również 20 holenderskich miast (m.in. Utrecht). W grudniu ubiegłego roku w Niemczech wystartował crowdfundingowy program „My Basic Income”, w ramach którego kilkadziesiąt osób otrzymuje bezwarunkowy dochód gwarantowany. Choć nie jest to duża grupa, warto przyglądać się przedsięwzięci.

Czas na nowe rozwiązania
„Świat się chwieje” – stwierdza w swojej książce jeden z ciekawszych polskich publicystów i dziennikarzy ostatnich lat Grzegorz Sroczyński. Chwieje się, ponieważ wyczerpuje się pewien model gospodarczy i pewien sposób opisu w ekonomii. Ten model nazywany jest potocznie neoliberalizmem. Co się takiego dzieje? W skrócie: rosną nierówności społeczno-ekonomiczne, rośnie produktywność, a płace klasy średniej w najlepszym wypadku stoją w miejscu (na szczęście nie w Polsce), rodzi się nowa klasa społeczna – prekariat, topnieją majątki najbiedniejszych, a rosną garstki najbogatszych. To ostatnie niespełna 2 lata temu wypunktowała szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Christine Lagard mówiąc o skandalu jakim jest to, że w jednym londyńskim autobusie może zmieścić się 85 najbogatszych ludzi na świecie dysponujących majątkiem równym majątkowi 3,5 mld najbiedniejszych Ziemian. Kilka dni temu fundacja Oxfam podała informację, że grupa ta zmniejszyła się już do 62 osób.

Nic nie pomagają kolejne obniżki podatków i kolejne próby liberalizacji rynków pracy. Klasa średnia i osoby niżej sytuowane na takiej polityce korzystają w stopniu niewielkim, a spora część z nich po prostu traci, korzystają za to najbogatsi. Do tego, jak pisze Ray Kurzweil, wielkimi krokami nadchodzi osobliwość, czyli narodziny sztucznej inteligencji. Można się z Kurzweila podśmiewywać, ale boty już dzisiaj piszą teksty dziennikarskie, londyńskie metro nie potrzebuje maszynistów, autonomiczne samochody Googla są mniej kolizyjne niż te prowadzone przez ludzi.

Tak, roboty zabiorą nam część prac – głównie tych, które są powtarzalne. To nie oznacza złych wiadomości tylko dla pracowników fizycznych, dla osób zatrudnionych w przeładowniach Amazona, ale również dla części klasy średniej, która wykonuje powtarzalne, dające się łatwo zalgorytmizować zajęcia. Czyż to nie ironiczne, że pracownikom fizycznym i białym kołnierzykom z warszawskiego Mordoru zagrażają podobne procesy? To wszystko sprawia, że podnoszą się głosy, że jesteśmy w globalnym „międzyczasie”, umiera jeden model, drugiego jeszcze nie widać. To nie do końca prawda. W momencie, w którym rośnie produktywność, ale nie rosną płace, w erze pogoni za uelastycznieniem rynku pracy skazującym miliony ludzi na życie w niepewności, jednym z ciekawszych i coraz częściej postulowanych rozwiązań na nowe czasy jest dochód gwarantowany. Czym jest? To proste: dochód gwarantowany, to bezwarunkowe świadczenie wypłacane każdemu dorosłemu człowiekowi w wysokości zapewniającej przeżycie. Tak, to są pieniądze za „nicnierobienie”, oderwanie wypłaty od statusu na rynku pracy. Innymi słowy, to pieniądze wypłacane za to, że jest się człowiekiem.

Koniec rynku pracodawcy
Dlaczego warto poważnie rozważyć ten pomysł? Zacznijmy od tego, że ogromna większość z nas nigdy nie doświadczy czegoś takiego jak „rynek pracownika”. Przypomnijmy, że rynkiem pracownika nazywamy sytuację, w której w uproszczeniu to osoba zatrudniana może dyktować warunku pracodawcy – to pracodawca bardziej potrzebuje jej do pracy, niż ona potrzebuje w danej chwili pracodawcy. W zależności od koniunktury i struktury gospodarki rynek pracownika może objąć, przy optymistycznych szacunkach, 10%, góra 15% wszystkich zatrudnionych. Będą to w przeważającej mierze specjaliści, kadra managerska wyższego szczebla – wszyscy ci, którym pracodawca nie może powiedzieć „mam dziesięciu na Twoje miejsce”. To także ci, którzy już nie muszą – a część z nich z powodu urodzenia się w odpowiedniej grupie społecznej, nigdy nie musiała – składać CV i czekać na odpowiedź. Reszta z nas skazana jest raczej na niskopłatne zajęcia, próbując ratować się sztuczkami z hiperelastycznego rynku pracy, na którym jednocześnie możemy być dziennikarkami, blogerami, copywriterkami i kierowcami Ubera, w zasadzie nigdy nie wychodząc z pracy.

Dochód gwarantowany w większości przypadków zrywa relację zwaną „rynkiem pracodawcy”. Jeżeli wszyscy potencjalni pracownicy mają pieniądze, które wystarczają im na przeżycie, pracodawca nie może zastosować formuły „mam dziesięciu na Twoje miejsce” i będzie musiał uciekać się do innych, bardziej wysublimowanych technik perswazji niż straszenie głodem, lub niespłaconą ratą kredytu. Pozostanie mu nęcenie wyższymi zarobkami, miłą atmosferą, albo po prostu dobrym zajęciem. Za sprawą dochodu gwarantowanego możliwe jest również cywilizowanie hiperelastycznych junkjobs, śmieciowych prac. Inaczej mówiąc: możesz wozić pasażerów jako pracownik Ubera, ale wiesz, że jeśli odpuścisz sobie kilka kursów to i tak będziesz mógł sobie kupić spodnie.

Dochód gwarantowany w praktyce
Rodzaj dochodu gwarantowanego (zwanego Mincome) był testowany w latach 1974-1979 w kanadyjskim mieście Dauphine. Program objął 30% mieszkańców. W skutek tego w zasadzie w mieście zniknęły obszary biedy, ilość osób hospitalizowanych zmniejszyła się o 8,5%. Jaki miało to wpływ na rynek pracy? Ilość osób niezatrudnionych wzrosła o 1% wśród mężczyzn, o 3% wśród zamężnych kobiet i o 5% wśród niezamężnych. Cóż, patriarchat.

W Brazylii od ponad dekady prowadzony jest program Bolsa Familia, który jest nieco zbliżony do dochodu gwarantowanego. Rodziny o niskim dochodzie otrzymują miesięcznie niewielkie świadczenie pieniężne w wysokości kilkudziesięciu dolarów, jeżeli dzieci z tych rodzin chodzą do szkoły oraz na kontrole lekarskie. W roku 2011 w programie uczestniczyło 26% Brazylijczyków. Wyniki nastrajają optymistycznie. Bank Światowy, który jest partnerem w realizacji programu, zaznacza, że polityka nie tylko doprowadziła do poprawy kondycji zdrowotnej najmłodszych, wpłynęła pozytywnie na edukację, ale również, a może przede wszystkim, wydźwignęła z biedy dziesiątki milionów osób. Tak, w Brazylii ustawą zniesiono ubóstwo.

Za przykład może też służyć niemieckie doświadczenie programu „My Basic Income”. Chociaż projekt dopiero się zaczął, to żaden z jego uczestników nie zadeklarował, że rzuci pracę. W tej chwili pierwszym dającym się zauważyć efektem programu jest to, że jego uczestnicy... lepiej sypiają.

A co jeżeli przestaną pracować?
Mimo niemieckiego przykładu konieczne jest zmierzenie się z faktem, że wprowadzenia dochodu gwarantowanego spowoduje to, że część osób po prostu przestanie pracować. Spore ryzyko jest zwłaszcza jeśli chodzi o niskie segmenty rynku pracy. Osoby tam pracujące przyzwyczajone do ograniczania przez dziesiątki lat potrzeb konsumpcyjnych do minimum mogłyby w ogóle zrezygnować z zatrudnienia. Wyobraź sobie drogi czytelniku, że od 15 lat pracujesz za takie pieniądze, które wystarczają Ci tylko i wyłącznie od pierwszego do pierwszego, wszystkie zakupy spożywcze robisz tylko i wyłącznie w dyskontach, ubrania kupujesz w secondhandach, w kinie ostatnio byłeś w 2005, w prawdziwej restauracji nie byłeś nigdy, tak samo jak na wakacjach zagranicznych. Do tego nie masz płatnego urlopu, pracujesz w nienormowanych godzinach i o wiele dłużej niż przewiduje to kodeks pracy oraz niż Twoi bogatsi koledzy. Tak, osoby biedniejsze statystycznie pracują dłużej i ciężej niż osoby bogate. Widać to na ich twarzach, ale nie widać tego na ich kontach. Do pracy często przychodzisz chory, bo jedzenie za coś kupić trzeba, a jeśli nie pracujesz, to nie masz ani grosza, bo z kiepskiej wypłaty, wbrew temu co kiedyś sugerowała Henryka Bochniarz, nie da się nic zaoszczędzić. W Polsce w takich warunkach żyją miliony ludzi; według raportu NBP z 2015 roku 20% najbiedniejszych polskich gospodarstw domowych nie ma niczego poza długami. Zwykliśmy myśleć o bezrobociu jako o problemie społecznym, tymczasem coraz większym problemem jest praca, za którą nie da się normalnie żyć.

Teraz wyobraź sobie, drogi czytelniku, co stałoby się jakbyś przestał pracować i dalej otrzymywał wypłatę. Zapewne byś nie pracował, bo myślałbyś, że Ci się po prostu należy odpoczynek. Moim zdaniem to całkiem słuszne podejście. Większym problemem niż to, że ktoś hipotetycznie przestałby roznosić ulotki jest to, że dzisiaj istnieje grupa osób, które pracują, a mimo tego pozostają biedne. Kolejnym pytaniem jest to, czy my w ogóle potrzebujemy tysięcy niskoopłacanych, zestresowanych pracowników call centers i stróży nocnych na parkingach? Jeżeli gospodarka (czyli pracodawcy) tak bardzo potrzebuje osób do rozwożenia pizzy, czy osób palących w piecach kotłowni, to stworzy mechanizmy płacowe, które zachęcą do podjęcia pracy lub zastąpią takich pracowników – co i tak wkrótce nastąpi – automatami. Istnienie części tego typu prac nie wynika z wielkiej potrzeby gospodarczej, tylko z tego, że istnieje grupa osób tak desperacko potrzebujących pieniędzy, że są w stanie pracować za 4 zł na godzinę roznosząc po skrzynkach pocztowych ulotki. Taka praca, a właściwie takie wynagrodzenie, pozbawia ludzi godności.

Kolejny koniec świata
Wśród części ekonomistów krąży taki żarcik: gdyby na tydzień zniknęli top managerowie w wielkich firmach, to nikt by tego nie zauważył, ale jakby na tydzień zniknęli sprzątacze, śmieciarze i pielęgniarki świat pogrążyłby się w chaosie. To głównie te osoby mogłyby być beneficjentami dochodu gwarantowanego – pracownicy branż, bez których nasz świat wyglądałby potwornie, a którzy są opłacani skandalicznie nisko. Ani sprzątaczek, ani śmieciarzy nie da się zastąpić przez roboty (wbrew pozorom bardzo trudno jest stworzyć sprzątający algorytm), tym bardziej nie da się tego zrobić z pielęgniarkami (ludzie potrzebują kontaktu z innym człowiekiem podczas choroby). Dochód gwarantowany mógłby obalić potężną niesprawiedliwość płacową, która dotyka tych bardzo ważnych pracowników. Daniel Defoe, ten od Robinsona Crusoe, w XVIII wieku zachwalał fabryki dostosowane do pracy cztero- i pięcioletnich dzieci. Świat jednak zmienił się i dziś praca dzieci jest potępiana i na różne sposoby (nie zawsze skuteczne) próbuje się z nią walczyć. Takie radykalne zmiany postrzegania różnych grup ludzi w kontekście ekonomicznym i społecznym miały miejsce już wiele razy.

Czy zatem możliwy jest dochód gwarantowany? John O'Farrell w „Guardianie” stwierdza, że od setek lat istnieje pilotaż dochodu gwarantowanego w wielkiej Brytanii: nazywa się on „rodzina królewska”. Dochód gwarantowany otrzymują również dzieci klasy wyższej i top managerów – kieszonkowe znacznie przewyższające średnią krajową. Czy jednak stać na to całe państwa?

Ekonomiczna szkoła neoklasyczna ma wiele zalet, ale również sporą wadę: nie zauważa, że świat się czasem zmienia. Z jej punktu widzenia taki projekt jak dochód gwarantowany nie ma racji bytu: po prostu państwa nie mają takich pieniędzy. No cóż, przed wprowadzeniem płatnych urlopów też wieszczono katastrofę gospodarczą i koniec świata, jaki znano. I ten koniec rzeczywiście nastąpił, ale chyba zbyt wielu ludzi dzisiaj nie tęskni za tym, co się skończyło.

Dochód gwarantowany wymaga innej filozofii państwa. Na przykład traktowania poważnie swoich obowiązków w sferze ściągania podatków, szczególnie wobec silnych, bo wobec słabych państwo bywa śmiertelnie poważne. W przypadku Polski wypłata 1000 zł wszystkim dorosłym osobom kosztowałaby około 250-280 mld zł rocznie. Biorąc pod uwagę przychody budżetowe w wysokości 350 mld to – delikatnie mówiąc – spory wydatek. Ale mamy pomoc społeczną, która w przypadku wprowadzenia tego typu instrumentu zniknęłaby, podobnie jak ZUS, mamy nieszczelny system CIT. Mamy w końcu degresywne podatki, co oznacza, że im jesteś bogatszy tym płacisz mniej. Jak stwierdza Ha-Joon Chang stwierdza, że ekonomia to „życie, wszechświat i cała reszta”. Oznacza to, że ta premia bogacza ma nie tylko wymiar finansowy. Ma również tysiące implikacji. O tych implikacjach mówią najmodniejsi ekonomiści: Thomas Piketty, Joseph Stiglitz, Goran Therborn, Kate Pickett, Robert Wilkinson, Guy Standing. W skrócie: świat rozjeżdżających się pozycji społecznych to świat gorszy w wielu dających się obserwować obszarach: edukacji, zaufania, szans, zdrowia. To też świat fasadowej demokracji, która zaczyna zagrażać sama sobie, bo kiedy ludzie tracą faktyczną podmiotowość, to skłaniają się ku siłom, które im tę podmiotowość obiecują przywrócić. Depcząc ich prawa obywatelskie, szczując na migrantów, na wymyślonych obcych, inwigilując. Lekarstwo może stać się gorsze od choroby.

Tak, dochód gwarantowany jest możliwy. Może nie od jutra, ale wspomnijmy, że w 1860 roku pańszczyzna (czyli de facto niewolnictwo) w zaborze rosyjskim istniała, a w 1864 już nie. We Francji w 1930 roku robotnicy nie mieli prawa do płatnego urlopu wypoczynkowego, a w 1936 już tak. Wielkie zmiany i skoki cywilizacyjne nie są wcale tak unikalne. Ale potrzeba na nie otwartości debaty, trochę odwagi i… marzycielstwa. Bo skoro ekonomia, to „życie, wszechświat i cała reszta”, to marzycielstwo również.

Kamil Fejfer

KOMENTARZE (0) | DODAJ KOMENTARZ
WARTO PRZECZYTAĆ

Oprac. Łukasz Komuda, źr. GUS

FLEXICURITY | STATYSTYKA | 24.03.2017 „Mamy rynek pracownika” słyszymy każdego dnia z mediów. Niby konsumenci i pracownicy mają swoje lata tłuste, ale większość z nas jakoś tego nie odczuwa. Cóż, polski rynek pracy tylko z pozoru jest w znakomitej kondycji. Fundamentalne problemy pozostają na nim nierozwiązane. Ponieważ zmierzenie się z nimi wymaga polityki obliczonej na wiele kadencji sejmowych i kompleksowe, systemowe działanie … (więcej >)