PORTAL PROWADZI
Kamil Fejfer
Ostatnia aktualizacja: 03.09.2015
INSTYTUCJE RYNKU PRACY|STATYSTYKA|
Czy związki zawodowe to przeżytek?

fot. Gérald Garitan, źr. Wikipedia, lic. CC-By-SA 3.0

W swoim tekście „Solidarność i związki zawodowe to relikt minionej epoki” Katarzyna Miłkowska pyta młodych ludzi o to, co sądzą o organizacjach chroniących prawa pracowników. Wielu z nich uważa, że związki zawodowe nie przystają do współczesnych realiów. Czy jest tak naprawdę?

Pokolenie millenialsów, pokolenie Y, czy też digital natives mają być świetną wyrocznią w sprawach rynku pracy. To przecież oni, jako ci, którzy dorastali ze smartfonami w kieszeniach, z laptopami na kolanach są najlepszymi recenzentami rzeczywistości. Kto rozumie dzisiejsze czasy lepiej niż młodzi, pełni energii ludzie, których czas płynie na piciu latte w modnych warszawskich klubach? To przecież oni – przyszli właściciele star-upów – najlepiej wiedzą co się dzieje nie tylko w kulturze, ale i w gospodarce! To oni, biegli w posługiwaniu się technologiami informatycznymi, patrzą na ręce władzy i wiedzą czego chcą. To oni potrafią świetnie korzystać z sieci i potrafią wygrzebać z niej wszystkie fakty. Jeśli nie podoba im się pracodawca, to go zmieniają, jeśli jest im trochę ciężej to wyjeżdżają na zagraniczne studia. A nawet – za radą byłego prezydenta – biorą kredyt.

Coś jednak w tej opowieści nie gra. Można odnieść wrażenie, że takie przedstawienie młodych mógłby wymyślić dyrektor kreatywny na potrzeby briefu dla klienta agencji reklamowej przygotowującej kampanię orzeźwiającego napoju. Ci millenialsi, nomadzi, członkowie pokolenia „Y”, freelancerzy, którzy skaczą od korporacji do korporacji, żeby po przekroczeniu magicznej trzydziestki osiąść w Bieszczadach i tam wypasać kozy, albo zakładają w postindustrialnych, warszawskich przestrzeniach pracownie designerskie, przywracające dawną świetność modernistycznym meblom z PRL – to wizja dotycząca jakiegoś promila osób, które można zaliczyć do współczesnego pokolenia młodych!

Pytanie ich o związki zawodowe jest błądzeniem po bardzo specyficznej niszy. Rozmową z tymi, którzy nie zawsze wiedzą o co chodzi. Nic dziwnego, że spora część z nich uważa, że organizacje pracownicze to relikt przeszłości. Digital natives to nie mistrzowie researchu (właściwie z tym kłopoty mają nawet zawodowi dziennikarze), nie tytani analizy i syntezy złożonej rzeczywistości ekonomicznej, ale raczej osoby spędzające czas na oglądaniu śmiesznych kotów, przeglądaniu blogów kulinarnych, lajkowaniu lolkontentu i oglądaniu seriali.

Trochę faktów o związkach zawodowych
Związki zawodowe są organizacjami, których zadaniem jest ochrona interesów pracowniczych. Czy są w Polsce archaizmem? Biorąc pod uwagę, że tylko 11% Polaków należy do związków odpowiedź brzmi twierdząco. Czy jednak jest to konieczność dziejowa? Jeżeli przyjrzymy się statystykom międzynarodowym to sprawa nie wygląda w sposób tak oczywisty. Najbardziej uzwiązkowionym krajem w Europie jest Finlandia: 73% pracowników w tym kraju należy do związków zawodowych. Nieco mniej jest w Szwecji (70%), Danii (68%), Norwegii (52%), czy Belgii (50%). Z kolei za nami są tylko Litwa i Estonia.

Z uzwiązkowieniem koreluje wysokość zarobków i ogólnego rozwoju gospodarczego. Jeżeli więc w Polsce związki zawodowe są uznawane za relikt przeszłości (rzeczywiście przynależność do związków spada), to tylko dlatego, że wybraliśmy model rozwojowy oparty o inne wartości niż solidarne dzielenie się tym, co wypracowuje gospodarka. Wybraliśmy model konkurowania niskimi kosztami pracy, które – wbrew temu co mówi strona pracodawców – sytuują się znacznie poniżej średniej europejskiej.

To nie jest tylko przypadkowa korelacja. Jeżeli prześledzimy dane dotyczące zmian uzwiązkowienia i mediany zarobków w czasie w poszczególnych krajach widzimy, że tam gdzie spada uzwiązkowienie, tam też spadają płace. Przyczyną jest mechanizm, o którym dzisiaj wielu ekonomistów zapomina: pensja pracownika wynika nie z uniwersalnych praw natury, tylko z jego siły przetargowej względem pracodawcy. Ta siła może brać się ze specyficznych umiejętności (na przykład z umiejętności programowania lub znajomości międzynarodowego prawa podatkowego) lub z możliwości oddziaływania na pracodawców przy reprezentacji zbiorowej. I tak pracownicy mają większą szansę na podwyżkę, jeżeli występują o nią solidarnie, a nie jeżeli robią to indywidualnie. Wszystkich pracowników pracodawca nie może naraz zwolnić. A żeby formalizować swoje postulaty pracownicy organizują się w związki. Indywidualnie pracownik, który idzie do pracodawcy zawsze może usłyszeć „mam na Twoje miejsce dziesięciu takich jak ty”. Niestety rzadko który pracownik może powiedzieć to samo do pracodawcy.

W Polsce związki tylko w firmach publicznych”
Ten argument bardzo często pojawia się w dyskusjach o związkach zawodowych. Tylko, że to zjawisko nie jest specyficznie polskie, ale globalne. Jednak silniejsze związki w instytucjach publicznych nie tylko pilnują interesów tych, którzy są w nich zrzeszeni. Przez wymuszanie podwyżek lub tak krytykowanych „przywilejów” powodują pewną stabilizację na całym rynku pracy. To zjawisko w ekonomii nazywa się „nadliczbowym objęciem”, czyli pozytywnym oddziaływaniem związków na osoby, które nie są w nich zrzeszone. Instytucje publiczne stają się ostojami bezpieczeństwa zatrudnienia w coraz bardziej sprekaryzowanym świecie. Stają się też miejscami lepiej płatnymi. To nie pomyłka: w Polsce zarabia się więcej w sektorze publicznym niż w prywatnym, a potwierdzają to dane GUS.

Związkowcy to wąsacze, którzy biorą gruby hajs”
W naszym kraju bardzo często mówi się o bajońskich wynagrodzeniach związkowców. Swego czasu jeden z portali pokazywał rekordowe zarobki jednego ze związkowców w PKP – kilkanaście tysięcy złotych. Jednocześnie jego prezes zarabiał wtedy ponad milion złotych rocznie. Tak, wysokie zarobki związkowców to swego rodzaju patologia, ale jeszcze większą patologią są wynagrodzenia top managerów, których pensje – czego dowodzą liczne badania – są negatywnie lub nijako skorelowane z wynikami finansowymi zarządzanych przez nich przedsiębiorstw. Inaczej mówiąc: najdrożsi managerowie zarabiają najwięcej, bo... nie wiadomo dlaczego.

Wtedy rodzi się inny argument: „przecież prywatny właściciel może wydawać na kadrę menedżerską ile tylko chce”. Szkoda tylko, że nie pamięta się o tym, że na ich pensje zrzucamy się my wszyscy płacąc za usługi ich firm. Wracając jednak do tematu związkowców warto, żeby wybrzmiała jeszcze jedna liczba. Według GUS w Polsce etatowych pracowników zatrudnia co 50 organizacja związkowa. A roczne koszty PRZEKRACZAJĄCE 500 tys. zł (czyli niespełna 42 tys. miesięcznie) dotyczą jedynie 1% takich instytucji. Jeśli więc mówimy o związkowych krezusach, to są oni z grubsza tak reprezentatywni dla ogółu osób zaangażowanych w działania związków zawodowych jak 20-letni milionerzy-selfmade meni dla pokolenia Y.

Co z millenialsami?
Medialny obraz millenialsów, jak wyżej napisałem, jest nieco zmanipulowany. Być może istnieje jakaś grupa młodych, dynamicznych i szczęśliwych, tych którzy przeskakują z pracy do pracy, ale sam nie znam ich zbyt wielu, chociaż pracuję i mieszkam w największym polskim mieście, a przy tym obracam się w środowisku osób świetnie wykształconych. Ale przecież dowody anegdotyczne się nie liczą i dlatego spójrzmy po raz kolejny na twarde dane.

W Polsce wśród osób młodych występuje ponad 2,5-krotnie wyższe bezrobocie niż wśród osób starszych. Osoby młode to również te, które najmniej zarabiają i najczęściej są eksploatowane jako darmowa siła robocza. Darmowych pracowników pracodawcy zyskali dzięki Ustawie o praktykach absolwenckich z 2009 roku. Według przepisów pracodawca może zatrudnić na bezpłatny staż osobę, która ukończyła co najmniej gimnazjum i nie ukończyła 30. roku życia. Kto z nas nie zna ludzi, którzy zapewniani przez kolejnych nieuczciwych pracodawców o możliwości zatrudnienia „w przypadku dobrych wyników”, pracowały na kilku stażach nie widząc ani złotówki za swoje starania?

To młodzi często znajdują się w najtrudniejszej sytuacji z uwagi na uśmieciowienie zatrudnienia, nieprzestrzeganie prawa przez pracodawców. Ilu z Was, millenialsi, dostało wypowiedzenie z dnia na dzień i ilu nie bardzo wiedziało co zrobić, bo perspektywa życia z oszczędności kończyła się za dwa tygodnie? Mój kolega prawnik zwykł mawiać, że w Polsce kodeks pracy wylicza obowiązki pracownika i jest zbiorem niezobowiązujących sugestii dla pracodawcy.

Millenialsi, poza osobami starszymi, to osoby które najbardziej straciły na transformacji i trendach na rynku pracy, które można zaobserwować od kilkunastu lat. To ich dotyka bezrobocie, niskie płace, mobilność (ale ta niechciana, spowodowana brakiem perspektyw), stagnacja zawodowa. Wizje zawodowe snute przez wielu z nich latami nie wykroczą poza marzenia, a dla części pozostaną niezrealizowane do końca ich zawodowych dni. Szkopuł tkwi jednak w tym, że wielu z nich nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie wie, że padło ofiarą wielkiego humbugu, jakim jest obowiązująca w naszym kraju narracja na temat ekonomii – a raczej dezinformacja. Rafał Woś, publicysta „Gazety Wyborczej” i wielu innych poczytnych magazynów i portali, nazywa to syndromem sztokholmskim.

Dlaczego młodzi kręcą nosem na związki?
Zanim odpowiemy na to pytanie warto zastanowić się skąd ludzie czerpią wiedzę o świecie. Czy rzeczywiście jest tak, że młodzi ludzie wyposażeni w potężne narzędzia takie jak Google nie dadzą sobie wcisnąć żadnej ściemy, tak jak dawali sobie wciskać ściemę ich rodzice? Warto zdać sobie sprawę z tego, że Google też ma swoje filtry i prezentuje takie treści na jakie „zasłużyliśmy”. Jeżeli jesteś geekiem, to po wpisaniu „global warming” zapewne wyskoczą Ci wyniki z domeną „Nature”, „Science”, „NyTimes”. Jeżeli nie, to raczej Google pokaże Ci wyniki z demotów, YouTube, albo z wykopa, czyli z miejsc, które – delikatnie mówiąc – nie są najbardziej wiarygodnymi źródłami.

Ale nie bądźmy też takimi optymistami. Młodzi ludzie, podobnie jak większość ludzi w ogóle, rzadko aktywnie poszukuje wiedzy na temat otaczającego ich świata. Kiedy ostatnio sprawdzaliście dlaczego człowiek ma gęsią skórkę, potrafi ruszać uszami, jak wygląda replikacja genów, jak wygląda synteza termojądrowa na słońcu i kiedy wyszedł pierwszy numer Batmana? No właśnie, ja też dawno. Ludzie z reguły są biernymi konsumentami informacji, a te są dostarczane przez media: nie tylko Internet, ale również gazety i telewizje. I właśnie z tych strzępków budujemy własne wizje świata.

A przez ostatnie 25 lat w Polsce dyskusja była totalnie zdominowana przez opcję prorynkową, indywidualistyczną, by nie użyć modnego ostatnio słowa, „neoliberalną”. Czyli właśnie tę szkołę ekonomiczną, która przez ostatnie kilka lat na świecie jest poddawana największej krytyce, a w naszym kraju wciąż trzyma się mocno w środowisku pracodawców, polityków, akademików i dziennikarzy. Warto zwrócić uwagę, że przede wszystkim ci pierwsi, a po części także ci drudzy najbardziej korzystają na opowieściach o złych związkach zawodowych, o reliktach komuny, o tym, że sukcesu nikt za nas nie osiągnie (a tymczasem niemiecka sprzątaczka zarabia tyle co polski manager średniego szczebla).

Owa przewaga pracodawców widoczna jest choćby w płacach. Dominanta, czyli najczęściej występujące wynagrodzenie – miara znacznie lepiej obrazująca jak wygląda sytuacja pracowników na Polskim rynku pracy niż średnia – wynosiła w 2012 roku (najnowsze dane GUS) niecałe 1600 złotych na rękę. Właśnie tyle dostawało około 3 miliony pracowników zatrudnionych na etaty.

Ale przewaga strony pracodawców to również przewaga propagandowa. Inaczej mówiąc millenialsów ktoś nabił w butelkę, sprzedając im masywną ściemę. Ratunkiem dla nich są nie korwinistyczne pomysły na jeszcze większą liberalizacje, czyli leczenie dżumy białaczką, tylko kolektywne działania. W tym zrzeszanie się w tak niemodnych w Polsce związkach.


Kamil Fejfer,

Źródło: FISE
KOMENTARZE (0) | DODAJ KOMENTARZ
WARTO PRZECZYTAĆ

Oprac. Łukasz Komuda, źr. GUS

FLEXICURITY | STATYSTYKA | 24.03.2017 „Mamy rynek pracownika” słyszymy każdego dnia z mediów. Niby konsumenci i pracownicy mają swoje lata tłuste, ale większość z nas jakoś tego nie odczuwa. Cóż, polski rynek pracy tylko z pozoru jest w znakomitej kondycji. Fundamentalne problemy pozostają na nim nierozwiązane. Ponieważ zmierzenie się z nimi wymaga polityki obliczonej na wiele kadencji sejmowych i kompleksowe, systemowe działanie … (więcej >)