PORTAL PROWADZI
Łukasz Komuda
Ostatnia aktualizacja: 21.07.2015
NARZĘDZIA RYNKU PRACY|STATYSTYKA|ZAGRANICA|
Ukraińcy zalewają polski rynek pracy?

Fot. Steindy, źr. Wikipedia, lic. CC-BY-SA 3.0

Obok szokującej fali niechęci do przyjmowania uchodźców z Syrii czy Afryki, coraz częściej w polskim zaułku Internetu pojawiają się głosy, że coraz więcej polskiego rynku pracy zaczynają zawłaszczać Ukraińcy. Czy tak jest w istocie?

Co dla niektórych osób może być zaskakujące, Polska jest krajem, w którym – choć liczbę nielegalnych migrantów szacuje się po ostatniej abolicji z 2012 roku na 200–400 tys. – więcej cudzoziemców pracuje legalnie niż bez odpowiednich dokumentów. Co jednak właściwie oznacza „legalna praca” dla zarobkowego imigranta?

Przed Wietnamczykami i Chińczykami
Klasycznym, typowym dla większości krajów świata, sposobem na uzyskanie zgody na pracę w danym kraju jest zdobycie zezwolenia na pracę. W 2014 roku napłynęło 46,9 tys. wniosków od obywateli ze 119 krajów oraz od 13 osób o statusie bezpaństwowca. 43,7 tys. wniosków (93%) rozpatrzono pozytywnie – z czego 2/3 dotyczyło mężczyzn. Aplikacje napływały do każdej z branż (chętni do pracy w Polsce muszą wskazywać potencjalne miejsce pracy) – tak, że żadna nie zdobyła szczególnej przewagi: na budownictwo przypadało 16%, na handel – 15%, gospodarstwa domowe zatrudniające migrantów – 13% (najczęściej pomoc domowa), na gospodarkę magazynową i transport – 10%, a na pozostałe sektory – 46%.

Jak wyglądała struktura narodowościowa? Otóż Ukraińcy byli tu zdecydowanie grupą dominującą – przypadało na nich 60% przyznanych zezwoleń. Inne nacje to: Wietnamczycy (5%), Chińczycy (5%), Białorusini (4%) i Hindusi (3%). Co ważne, ten odsetek Ukraińców, choć od lat był relatywnie wysoki, bardzo szybko się zwiększył: w 2010 roku wynosił 35%, w 2013 roku – 52%. Nie da się bowiem ukryć, że liczba wniosków napływających od obywateli Ukrainy w ostatnim czasie bardzo podskoczyła: 24,9 tys. przyznanych zezwoleń w 2014 roku oznaczało wzrost o 22% w stosunku do roku 2013 i aż o 93% w porównaniu z rokiem 2010.

Brama, nie furtka
Zdecydowanie większa grupa legalnych migrantów przybywa do Polski na podstawie oświadczeń pracodawców o objęciu stanowiska. W przypadku migrantów wszystkich narodowości na jedno przyznane zezwolenie na pracę przypada 9 oświadczeń, a jeśli chodzi o Ukraińców, to stosunek ten wynosi 1:15.

Tu warto jednak podkreślić kilka spraw. Prócz tego, że oświadczenia pozwalają na legalną pracę w Polsce przez okres do sześciu miesięcy, mają szereg innych różnic względem zezwoleń na pracę. Po pierwsze, nie ma sposobu, by sprawdzić, czy dana osoba skorzystała z furtki w postaci oświadczenia pracodawcy – czy faktycznie przyjechała do pracy i czy pracuje rzeczywiście u tego pracodawcy. Po drugie, niektórzy chętni do pracy w Polsce mogą pojawić się w rejestrach urzędów pracy wielokrotnie, zgłoszeni przez więcej niż jednego pracodawcę. Zaledwie 22% zgłaszających się do pracy w Polsce, których krajowi pracodawcy zgłaszają do urzędów pracy, ma już wizy – część z nich nie zdobędzie wszelkich potrzebnych dokumentów i nie będzie mogła przyjechać. Faktyczna liczna migrantów na bazie oświadczeń jest więc niższa niż wskazuje na to ich rejestr.

Ważna różnica to także kraje, z których na bazie oświadczeń mogą przyjeżdżać gastarbeiterzy do Polski. Jest ich tylko sześć i wszystkie to byłe republiki ZSRR: Armenia, Białoruś, Gruzja, Mołdawia, Rosja i Ukraina. W rzeczywistości jednak z opcji tej korzystają przede wszystkim właśnie obywatele Ukrainy: na nich przypadało w 2014 roku aż 372,9 tys. oświadczeń spośród 387,4 tys., jakie zgłoszono do PUP-ów, czyli 96% (sic!) – 61% tych oświadczeń zawierało nazwiska mężczyzn. Mołdawianie pojawiali się w oświadczeniach w 6,3 tys. przypadkach, Białorusini – w 4,0 tys., Gruzini w 2,1 tys., Rosjanie w 1,2 tys. i Ormianie w 0,8 tys.

Co ciekawe, udział Ukraińców w ogóle oświadczeń w zasadzie się nie zmienia i zawsze był dominujący: w 2007 roku przypadało na nich 93% oświadczeń, w 2010 roku – 94%, w 2013 roku – 92%. Cały czas też liczba oświadczeń z wpisanymi tam obywatelami Ukrainy rosła: wyniki z 2014 roku odznaczały się wzrostem w stosunku do 2013 roku o 71%, w stosunku do 2010 roku – o 120%. W porównaniu do roku 2007 oświadczeń dla Ukraińców wpłynęło 18-krotnie więcej. Widać stąd, że największy nominalny wzrost odnotowany został właśnie w 2014 roku: wyniósł on 154 tys.

Pracodawcy jakich branż zgłaszają przyjazd Ukraińców? Główne sektory to: rolnictwo 46%, budownictwo 14%, przetwórstwo przemysłowe 11%. Czyli struktura jest tu zgoła inna niż w przypadku zezwoleń na pracę. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można oszacować, że goście ci przyjeżdżają do nas w dużym odsetku do sezonowych prac polowych.

Krwawa wojna, mordercza inflacja
Nietrudno się dziwić temu wzmożonemu napływowi. To nie tylko ludzie, którzy uciekają przed działaniami militarnymi i chaosem, albo ci, którym wojna i destabilizacja odebrała miejsca pracy. To także skutki makroekonomiczne kryzysu na Ukrainie, gdzie inflacja w czerwcu 2015 roku wynosiła ponad 46% rocznie, a gdzie pensje rosną w tempie często o tyle wolniejszym, że dla wielu obywateli tego kraju oznacza to degradację ekonomiczną. Warto zauważyć, że aktualnie średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w Polsce i Ukrainie wynosi nominalnie podobną kwotę brutto: około 4000, tyle że u nas są to złotówki, a na Ukrainie – hrywny. Aktualny kurs wymiany to 17–18 groszy za hrywnę. Oznacza to, że średnia płaca za naszą południowo-wschodnią granicą to równowartość 700 zł, czyli kwoty niemal dwukrotnie niższej niż nasza płaca minimalna. Relacja płac w Polsce i na Ukrainie upodobniła się do tej w Niemczech i Polsce…

Polska dla Polaków, Anglia dla Anglików i Polaków
Przyjeżdżający z Ukrainy zaspokajają u nas przy tym ważną lukę, jaka od kilku lat powiększała się na rynku pracy: sadownicy i właściciele dużych gospodarstw coraz częściej skarżą się, że za swoje stawki nie są w stanie znaleźć chętnych do pracy Polaków. Nic dziwnego, skoro nawet „król truskawek”, czyli Janusz Glinicki, płacił za zerwanie łubianki tych owoców 1,5 zł, co przeciętnemu pracownikowi pracującemu przy zbiorach pozwalało na uzyskanie dniówki na poziomie 45–60 zł.

Nawet, gdyby jednak wszyscy przyjeżdżający trafiali do branż, gdzie faktycznie wypierają polskich pracowników: o jakiej skali zjawiska mówimy? Legalnie zatrudnionych jest w Polsce w najlepszym razie 413 tys. osób (26 tys. na zezwoleniach, a 387 tys. na oświadczeniach), do tego doliczywszy nawet 200 tys. osób uzyskujemy ok. 600 tys. imigrantów.

Dla porównania: wszystkich pracujących Polaków jest ok. 16 mln, co sprawia, że nawet tak przeszacowana liczba Ukraińców na naszym rynku sprawia, że jeden taki pracownik przypada na 27 Polaków, co sprawia, że większość z nas nigdy się nimi w miejscu pracy nie zetknie.

600 tys. – na tyle także szacuje polską emigrację zarobkową do Wielkiej Brytanii, a podobnej skali jest skala wyjazdów do Niemiec – i to w ostrożnych danych GUS, który całą migrację oszacował w 2013 roku na 2,2 mln. Nawet, jeśli nie mamy za grosz empatii i nie uważamy za zasadne pomagać tym, którym źle się dzieje, a którzy mieszkają tuż za miedzą (a przecież kłopoty rozlewają się zwykle dookoła), warto uzmysłowić po pierwsze ciągle umiarkowaną skalę zjawiska, a po drugie fakt, że trudno o bliższy kulturowo, historycznie i językowo naród. Jeśli ktoś miałby zasilać polski rynek pracy, to wydaje się, że Ukraińcy to jedni z najlepszych kandydatów.

Stacja przesiadkowa Polska
Nie wszyscy Polacy boją się fali imigrantów z Ukrainy. Niektórzy widzą w nich potencjalne rozwiązanie naszego problemu demograficznego, szczególnie, że widzą rezerwuar siły roboczej także na Białorusi. Cóż, tu znowu potrzeba odrobiny realizmu. Zacznijmy od kwestii dzietności. Według ONZ w 2012 r. dzietność na Białorusi wynosiła 1,48, na Ukrainie – 1,46, a w Polsce – 1,41, co stawiało Polskę wśród 12 niepodległych krajów świata o najniższej dzietności, Ukrainę – wśród 18, a Białoruś wśród 21 państw (jest zbyt wiele wyników dających miejsca ex aequo, stąd taka metoda informowania o pozycji danego kraju w rozkładzie różnych poziomów tego wskaźnika). Według danych Banku Światowego w 2013 roku dzietność wynosiła dla Białorusi 1,6, dla Ukrainy – 1,5, a dla Polski – 1,3, co nasz kraj stawiało w grupie 11 krajów o najniższym wskaźniku, Ukrainę – wśród 31, a Białoruś – wśród 38 krajów o najniższej dzietności. CIA World Factbook podaje dla 2014 roku następujące wskaźniki: Białoruś 1,47, Ukraina 1,30, a Polska 1,32, co tym razem Ukrainę stawia na czele krajów z problemami z zastępowaniem pokoleń (w gronie 6 niepodległych państw), Polskę – w grupie 9, a Białoruś – w grupie 26 krajów.

To, czy na Białorusi lub na Ukrainie jest dzietność na poziomie 1,35, czy 1,48, tak czy inaczej oznacza, że kraje te będą miały problemy demograficzne niewiele mniejsze niż Polska. A brak młodych ludzi może sprawić, że – pomijając potencjalne wydarzenia nieprzewidywalne, jak wielkie katastrofy humanitarne czy wojna, która już teraz deformuje wszelkie prognozy odnośnie Ukrainy – może być trudno tych młodych stamtąd „wyssać” w liczbie wystarczającej, by załatać naszą lukę w dzietności. W Polsce w 2014 roku przyszło na świat ok. 375 tys. dzieci, a skoro najliczniejszy rocznik aktualnych bodaj 30-latków jest liczniejszy niż 700 tys., oznacza to, że dla utrzymania zastępowania pokoleń brakuje nam – w pewnym uproszczeniu – 325–350 tys. dzieci lub – za kilka lat – niewiele mniej młodych ludzi. Tymczasem na Białorusi przyszło na świat w 2014 roku 119 tys. dzieci, a na Ukrainie – 465 tys., czyli razem 584 tys. Wizja tego, że „podkradniemy” tym dwóm krajom 6 z 10 młodych ludzi jest mało realna.

Przede wszystkim dlatego, że skoro mieliby migrować, to czemu nie pojechać te kilkaset kilometrów dalej na zachód? Dostępna legalność zatrudnienia w Polsce i bliskość geograficzna to atut, ale ciągle niskie w porównaniu z Zachodem wynagrodzenia, a także niechęć do imigrantów – to z pewnością będzie popychać Ukraińców i Białorusinów do szukania szczęścia dalej. Nam pozostanie status stacji przesiadkowej i rynku zasilanego sezonowo pracownikami napływającymi do zajęć wymagających pracy – zwykle – manualnej. Chyba, że wojna rozleje się po całej Ukrainie i zdestabilizuje region. Wtedy jednak możemy mieć poważniejsze zmartwienia, niż Ukraińskiego hydraulika wypierającego polskiego, który przecież pracuje już we Francji.

Łukasz Komuda,

Źródło: FISE
KOMENTARZE (0) | DODAJ KOMENTARZ
WARTO PRZECZYTAĆ

Oprac. Łukasz Komuda, źr. GUS

FLEXICURITY | STATYSTYKA | 24.03.2017 „Mamy rynek pracownika” słyszymy każdego dnia z mediów. Niby konsumenci i pracownicy mają swoje lata tłuste, ale większość z nas jakoś tego nie odczuwa. Cóż, polski rynek pracy tylko z pozoru jest w znakomitej kondycji. Fundamentalne problemy pozostają na nim nierozwiązane. Ponieważ zmierzenie się z nimi wymaga polityki obliczonej na wiele kadencji sejmowych i kompleksowe, systemowe działanie … (więcej >)