PORTAL PROWADZI
Łukasz Komuda
Ostatnia aktualizacja: 17.06.2015
FLEXICURITY|GRUPY DEFAWORYZOWANE|PRAWO|
Krótkiej kołdry nie starczy dla wszystkich

źr. Flickr.com, fot. The All-Nite Images, lic. CC BY-SA 2.0

Na portalu wyborcza.pl możemy przeczytać tekst Dominiki Wielowieyskiej, w którym autorka stwierdza, że receptą na bolączki związane z liberalizacją rynku pracy w Polsce jest więcej liberalizacji rynku pracy. Ważne jest również to, że pracownicy po prostu powinni się do takiego stanu przyzwyczaić. Coś jednak zgrzyta, kiedy takie rzeczy mówi osoba, która raczej nigdy nie doświadczy ciemnych stron prekarnego losu.

Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz Dominika Wielowieyska zdobyła zarówno dla siebie, jak i dla konglomeratu Agora, parę punktów (przynajmniej w ocenie pracodawców). Wielu przedsiębiorców powinno docenić jej przekaz: wprawdzie zasiłki dla bezrobotnych dostaje w naszym kraju ledwie 13% procent spośród zarejestrowanych osób bezrobotnych i są to kwoty po 500-700 zł na rękę, ale takie są czasy i powinniśmy osłabić jeszcze kodeks pracy, żeby firmy mogły łatwiej zwalniać, bo teraz omijają przepisy.

"(...) Polska musi stworzyć swoją wersję "flexicurity". Taką, w której element "security" będzie skoncentrowany na rodzinach z dziećmi. Bezdzietnym łatwiej przeprowadzić się za chlebem czy zorganizować życie w rytm nienormowanych godzin pracy."

Innymi słowy - jeden z najbardziej elastycznych i zarazem najbardziej patologicznych rynków pracy Unii Europejskiej ma uzdrowić jeszcze więcej elastyczności. Czyli mamy do czynienia z elementarnym zabiegiem retorycznym wszystkich obrońców wolnorynkowego kapitalizmu - jeśli nasz model nie działa, to dlatego, że jest ZA MAŁO wolnego rynku i ciągle ZA DUŻO usług społecznych, państwa, regulacji, a przede wszystkim podatków. Fakt, że najlepiej żyje się tam, gdzie rynku jest mniej, a państwa więcej, można zawsze zbyć "ale ich na to stać" - co też robi Wielowieyska, która nie wysila się na żadną nową metodę argumentacji w obronie ideologii neoliberalnej, która wszędzie - POZA POLSKĄ - odchodzi do lamusa.

Ironicznie skomentuję, że pomysł Wielowieyskiej ma ten plus, że - patrząc na jej troskę o koszty systemu - będzie relatywnie tani w realizacji. Ma skupiać się na pomocy dzieciom. Już dziś dzietność kobiet wynosi u nas 1,3 (w Wielkiej Brytanii i Irlandii wśród polskich migrantek przekracza według różnych ocen 2,5-2,7) i jest jedna z najniższych na świecie. Nie dlatego, że panie zwiedzają Tokio i robią specjalizację neurochirurgiczną czy adwokacką, albo rozkręcają firmę wartą już sto milionów złotych, ale dlatego, że mieszkają z rodzicami pracując na śmieciówce lub etacie, który wystarcza na jedzenie i dach nad głową, ale nic ponad to, więc decyzja o macierzyństwie byłaby po prostu nieodpowiedzialnością. Po idącym dalej obniżeniu poczucia bezpieczeństwa pracowników dzietność może spaść jeszcze bardziej. Ale to dziennikarka Agory uczciwie zakłada z góry pisząc o dalszej migracji. Jeszcze mniej dzieci to mniej świadczeń. I o to chodzi. Prędzej czy później kołdry wystarczy dla wszystkich.

Nie dajmy się jednak zwariować. Kodeks pracy nie jest idealny. Pieniędzy na pomoc nie mamy przesadnie wiele - to wszystko jest prawdą. Ale na rynek pracy trzeba patrzeć jak na obszar zderzenia interesów pracowników i pracodawców. Od 1989 roku wyraźnie górą są pracodawcy, a to wynika z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze, niskiej samoorganizacji pracowników - każdy jest ze swoimi kłopotami sam (z wyjątkiem 15% zatrudnionych należących do związków zawodowych). Po drugie, słabej ochrony przez instytucje państwa. Nie wystarczy kodeks czy ustawa - muszą być służby, które skutecznie wyegzekwują prawo. Muszą być też sprawne sądy, które w razie poważniejszego konfliktu są w stanie szybko rozstrzygnąć kto nadużył czyjego zaufania.

Problemem nie są więc elastyczne formy zatrudnienia, ale skala ich nadużywania, zbędność naszej inspekcji pracy (nikt z nas nie zauważyłby jej braku, gdyby nagle zniknęła) i przewlekłość oraz koszt tak prostych spraw jak te o nieuregulowane umowy o dzieło. Problemem jest to, że państwo niemal w 100% konsekwentnie w zamówieniach publicznych kieruje się ceną, a więc wspiera śmieciówki. Problemem jest to, że uczciwi pracodawcy, którzy chcą, by ich ludzie mieli poczucie bezpieczeństwa, często przegrywają z tymi, którzy korzystają z możliwości bezkarnego zatrudniania pracowników nawet tam, gdzie ewidentnie powinny być stosowane umowy o pracę. Problemem jest w końcu to, że nasz poziom wynagrodzeń jest niski na tle Europy, mimo stałego rekordowego tempa wzrostu wydajności, że udział wynagrodzeń w PKB spada - inaczej mówiąc: nie da się najeść zieloną strzałką wzrostu gospodarczego.

Żaden z tych problemów nie zniknie, gdy zastosujemy pomysły Wielowieyskiej. Ale ona może głosić je zupełnie nieświadomie. Jak kilku innych dziennikarzy żyje bowiem w szczęśliwej bańce, prawdopodobnie nie mając kontaktu ani z prekariatem, ani z biednymi pracującymi, ani z ludźmi żyjącymi w permanentnym strachu o to, co będzie za miesiąc i czy przyjdzie przelew, bo już spóźnia się pół roku.

To jest ta nasza choroba uprzywilejowania. Nieproporcjonalnie duży, dominujący dostęp do medialnych tub mają właśnie osoby, dla których praca za 6000 na rękę to dowód głupoty, którzy nie mają problemu z równowagą życia rodzinnego i zawodowego, bo przecież sprząta u nich taka pani. Którzy pomyślność kraju widzą w pogorszeniu reguł zatrudnienia i poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego INNYCH.

Jak można sobie wyobrazić idealną osobę uprzywilejowaną? W warunkach polskich to powinno wyglądać tak: urodziła się w dużym mieście, najlepiej w stolicy, w rodzinie z korzeniami ziemiańskimi lub najlepiej - arystokratycznymi. Ojciec: w latach PRL-u prawnik, urzędnik, dyrektor i intelektualista - optymalnie wszystkie te właściwości równocześnie (bezpieczeństwo ekonomiczne, sposób myślenia, potężny kapitał kulturowy na starcie, koneksje rodzinne). Potem działacz opozycyjny, co daje rodzinie znakomity start po zmianie ustroju, a ojcu - wejście do wielkiej polityki. Tymczasem potomek kończy elitarne szkoły i idzie do dobrego uniwersytetu. I zaczyna pracę w wieku 23 lat w największym koncernie medialnym, który dość szybko daje mu pozycję społeczną i ekonomiczną, o której 98-99% Polaków może tylko marzyć (pamiętajmy, że drugi próg podatkowy przekracza zaledwie 1,7% płatników PIT). Nie ma mowy o szukaniu pracy, okresach bezrobocia, wysyłaniu CV, rozmowach z rekruterami, czy ciągłej gotowości do zmiany zawodu.

Brzmi przesadnie? Tak właśnie wygląda biogram dziennikarki, która wmawia nam, że żeby było nam lepiej, musi być nam gorzej. Że poczujemy się bezpieczniej, gdy będziemy bardziej ekonomicznie zagrożeni. A jeśli nam się to nie podoba, to powinniśmy wyjechać.

Nie powinniśmy być wściekli na Wielowieyską. Raczej jej współczuć. Przyszło jej zajmować się sprawami społecznymi i gospodarczymi, na których się nie zna, i dawać recepty społeczeństwu, z którym w istocie nie ma żadnego kontaktu. To bardzo trudne i jako osoba inteligentna na pewno zdaje sobie sprawę, że jest jak niewidomy opisujący kolory. Taka praca jest zapewne trudniejsza, a może nawet bardziej frustrująca czy stresująca, niż robota większości jej kolegów: prekariuszy zasuwających po 14 godzin na dobę, czekających wiele miesięcy na przelew, nie znających takich wynalazków jak RMUA, a którym przyszło np. opisywać najnowszy jacht jednego z polskich miliarderów i zacumowany właśnie w Antibes.

Sam byłem w tej właśnie roli mediaworkera (dziennikarstwem trudno to nazwać) przez wiele lat. Dlatego czuję się powołany do napisania bezpośredniego apelu: Dominiko, zakładam, że masz dobre intencje i chciałabyś dobrze dla tego kraju. Ale takimi wystąpieniami mu szkodzisz. Szkodzisz nie tylko tej większości, którym chcesz swoimi pomysłami dokuczyć, ale też tym, którym dzieje się dziś gorzej, bo gorszy rynek pracy to gorsza gospodarka i gorsza przyszłość. Nie poruszaj tematu rynku pracy i gospodarki w tekstach czy na antenie - jest tyle innych rzeczy, na których świetnie się znasz. A jeśli nie ma, to bądź elastyczna. Zacznij robić coś nowego. Nie musisz wyjeżdżać.

Łukasz Komuda,

KOMENTARZE (0) | DODAJ KOMENTARZ
WARTO PRZECZYTAĆ

Oprac. Łukasz Komuda, źr. GUS

FLEXICURITY | STATYSTYKA | 24.03.2017 „Mamy rynek pracownika” słyszymy każdego dnia z mediów. Niby konsumenci i pracownicy mają swoje lata tłuste, ale większość z nas jakoś tego nie odczuwa. Cóż, polski rynek pracy tylko z pozoru jest w znakomitej kondycji. Fundamentalne problemy pozostają na nim nierozwiązane. Ponieważ zmierzenie się z nimi wymaga polityki obliczonej na wiele kadencji sejmowych i kompleksowe, systemowe działanie … (więcej >)